• facebook
  • rss
  • Kapłon pośpiechu nie znosi

    Agnieszka Napiórkowska

    |

    Gość Łowicki 27/2012

    dodane 05.07.2012 00:00

    Dariusz Marcinowski, chcąc sprawić radość bliskim, wchodzi do kuchni, zakłada fartuch i zaczyna mieszać w garach. Jego dania wyśmienity smak zawdzięczają przepisom prababci Julianny, przedwojennej kucharki Radziwiłłów.

    W gospodarstwie Wioletty i Dariusza Marcinowskich, znanych z wyrobu makaronu i chleba radziwiłłowskiego oraz likieru jajecznego wpisanych na Listę Produktów Tradycyjnych Ministerstwa Rolnictwa, czas jakby się zatrzymał. Nikt tu nie goni za nowościami. Przeciwnie – pożółkłe kartki z przepisami prababki są jednym z najcenniejszych skarbów. Nowoczesne maszyny, półprodukty i ulepszacze smaku nie zostały wpuszczone także do pomieszczenia, w którym powstają tradycyjne produkty. Dlatego próżno szukać w nim mikserów, maszyn do krojenia makaronu czy specjalnych suszarni. Wielkie stolnice, tradycyjne noże i silne ręce domowników wystarczają.

    Na początku była kura

    Patrząc na Dariusza Marcinowskiego krzątającego się po kuchni pachnącej ziołami, w której obowiązkowo pod ręką muszą być dobra mąka, sklarowane masło, jaja kur zielononóżek i mięso własnoręcznie wykastrowanych kogutów (kapłonów), nietrudno przenieść się do dawnych czasów. Oczyma wyobraźni można zobaczyć spacerującego po ziemi mazowieckiej króla Jana III Sobieskiego, odpoczywającego Napoleona czy polującego Radziwiłła. W kuchni tego ostatniego potrawy z dziczyzny, makarony i ciasta przygotowywała Julianna Czuba, po której talent kulinarny odziedziczył jej prawnuk Darek. – Nasza przygoda z tradycyjną kuchnią rozpoczęła się kilka lat temu, po zamknięciu sklepu, który prowadziliśmy przy stacji PKP – mówi Dariusz Marcinowski. – Trzeba było z czegoś żyć. Myśleliśmy o ślimakach albo przepiórkach. Skończyło się na kurach zielononóżkach kuropatwianych. Mieliśmy do nich sentyment, bo to niepokorna rasa, od 100 lat hodowana w Radziwiłłowie, która jeszcze za czasów naszego dzieciństwa biegała po naszym podwórku – opowiada pan Darek. Zielononóżki znoszą wyjątkowo smaczne i zdrowe jaja. Kogut rzeczywiście ma zielone nogi, do tego żółto-pomarańczowy frak, czarną pierś i krwistoczerwony grzebień. A kury? Choć nie są tak urodziwe, kochają świeże powietrze i swobodę. Zamknięte w klatce gubią pióra i zdychają. Upchnięte w stadzie zaczynają się dziobać i zjadać nawzajem. Mało tego – nie lubią się przemęczać, dlatego znoszą o połowę mniej jaj niż ich uwięzione na farmach kuzynki. – Na początku było ciężko. Nie było na nie mody, a co za tym idzie – i zbytu. Mając dość jajecznej diety, wpadłem na pomysł wyrabiania tradycyjnego makaronu. Razem z bratem i naszymi rodzinami rozpoczęliśmy jego miniprodukcję zgodnie z XIX-wieczną recepturą. Mówi ona, że aby makaron był doskonały, potrzebnych jest 20 jaj i kilogram mąki. I nic poza tym. Dziś jest to jedyny produkt na świecie robiony z jaj kur zielononóżek, który w całości wykonywany jest ręcznie. Proszę popatrzeć, poza mąką i jajkami nic w nim więcej nie ma. A żeby go zagnieść i pokroić, potrzeba jedynie dużej stolnicy, wałka i ostrego noża, który zwinięte w trąbkę ciasto zamieni na małe nitki – zdradza tajemnicę pan Dariusz.

    Odkryte, a nie wymyślone

    Mając wyjątkowy produkt, który został wpisany na listę Ministerstwa Rolnictwa, Marcinowscy poszli za ciosem. I znów wspominając Radziwiłła, w którego spiżarniach pełno było wędzonego mięsa, słoniny, makaronów, kasz, marynowanych warzyw i beczek wina, sięgnęli do przepisów prababci i smaków zapamiętanych z dzieciństwa. Metodą prób i coraz smaczniejszych błędów opracowali procedurę wyrobu i wypieku chleba, który zachowuje świeżość przez cały tydzień. Potem przyszedł czas na likier jajeczny, na którego butelce powinien być duży napis: „Nie tylko rozgrzewa i rozwesela, ale i uzależnia. Po wypiciu pierwszego kieliszka trudno bowiem powstrzymać chęć sięgnięcia po następny”. Zerkając na jego skład, czytamy, że – podobnie jak makaron – kryje w sobie jaja kur zielononóżek, a także miód akacjowy i spirytus. – Cieszę się, że to, co produkuję, tak ludziom smakuje. Muszę jednak przyznać, że moich produktów od podstaw nie wymyśliłem sam. Jedynie je odkryłem. Ich smak prawdopodobnie znali przebywający tu 150 i więcej lat temu książęta, królowie i kapłani. Mieszkając na terenach o tak bogatej tradycji, chcę niektóre potrawy przypomnieć i wypromować. Póki co, sięgając do korzeni, trudno jest związać koniec z końcem. Pomocą nie są nawet zdobywane nagrody od ministra czy marszałka. Bez potężnej reklamy nie ma mowy o rozwoju. I choć z natury nie lubię narzekać, czasem mam ochotę wszystko rzucić i zatrudnić się gdzieś na etacie. Dyplomami nie można przecież nakarmić rodziny. W chwilach, kiedy nachodzą mnie takie myśli, przypominam sobie słowa ludzi, którzy z moich wyrobów robią zapasy, bo – jak mówią – nie wyobrażają sobie, by w ich kuchni nie było naszego makaronu czy jajek – opowiada D. Marcinowski.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół