• facebook
  • rss
  • Deser u Panienki

    Agnieszka Napiórkowska

    |

    Gość Łowicki 32/2012

    dodane 09.08.2012 00:00

    Pieszo do Miedniewic. Marianna, Teresa, Małgorzata i Karol już nieraz byli w domu Świętej Rodziny. Siedząc przy stole, obserwowali gesty Pani domu, Jej ciepłe słowa, spojrzenia, a nawet kapcie, w których siedziała przy stole.

    Przed Marianną, Teresą i Małgorzatą na podobne obiady przychodzili tu ich rodzice, dziadkowie i pradziadkowie. Ile pokoleń? Trudno zliczyć. Od kilku wieków 1 sierpnia do Miedniewic przybywają pielgrzymi. Jedynie Karol nie może pochwalić się ciągłością wizyt. Jego muzułmańska rodzina o Matce Bożej nic nie wiedziała...

    Jakub Ją sprowadził

    Choć pierwsze wzmianki o Miedniewicach pochodzą z XIV wieku, o miejscowości zrobiło się głośno trzy wieki później, za przyczyną odpustowego obrazka. W 1674 roku pobożny gospodarz z Miedniewic Jakub Trojańczyk na odpuście w Studziannej kupił rycinę Matki Bożej Świętorodzinnej. Po powrocie do domu powiesił ją na słupie w stodole. Każdego dnia modlił się przed nią żarliwie. Po krótkim czasie mieszkańcy zauważyli nad jego stodołą dziwny blask. Myśleli nawet, że to pożar. Kiedy zorientowali się, że to nie ogień, tylko jasność bijąca z obrazu, przed którym Jakub klęczał, zaczęli schodzić się do stodoły, by razem z nim się modlić. Na cuda nie trzeba było długo czekać. Konający odzyskiwali zdrowie, martwi wracali do życia, rodzące matki wydawały na świat zdrowe dzieci. Na przełomie wieków w miejscu stodoły powstawały kaplice i kościoły. W 1677 r. obraz uznano za cudowny, a w 1767 r. Święta Rodzina otrzymała złote korony, które wykonane zostały z klejnotów zamożnych matron.

    Karol został katolikiem

    W 1994 r. po raz pierwszy na pielgrzymkę do Miedniewic poszedł Karol Spansa, muzułmanin, który do Skierniewic przyjechał z byłej Jugosławii. – Słabo znałem język, nie miałem pracy ani pozwolenia na pozostanie w Polsce. Jeden z księży powiedział mi, że jeśli chcę rozwiązać swoje problemy, powinienem pójść do Matki Bożej Swiętorodzinnej. Chodziłem wówczas o kulach. To była bardzo trudna pielgrzymka. Ręce miałem pościerane do krwi. Ale patrząc na Nią, bardzo dobrze się czułem. Chciałem tak jak wszyscy obejść ołtarz na kolanach. By nie przeszkadzać innym, zrobiłem to o drugiej w nocy, podpierając się kulami. Idąc, zorientowałem się, że nie pamiętam ani jednej modlitwy muzułmańskiej. Wtedy zrozumiałem, że Bóg pokaże mi nową drogę. Matka Boża przyjęła mnie do swojej Rodziny. Stała się moją mamą, do której od tamtego czasu przychodzę co roku. Odwiedzam Ją też w Częstochowie. Przez pielgrzymowanie straciłem już trzy prace, bo gdy nie chciano dać mi urlopu, i tak szedłem. Teraz idę tylko jeden etap, bo jestem po ciężkim wypadku samochodowym, ale gdybym nie wyruszył, byłbym jeszcze bardziej chory – wyznaje Karol, który kilkanaście lat temu przyjął chrzest, Komunię św. i sakrament małżeństwa.

    Marianna się nie otruła

    Wśród pątników jest Marianna Kowalska, która do Miedniewic chodzi od 1959 roku. Wcześniej przyjeżdżała tu ze swoimi rodzicami wozem pełnym siana. Dziadek był tu kościelnym. Pielgrzymując ponad 50 lat, wiele widziała. Idąc, nieraz upomina pielgrzymów, by nie gadali ze sobą, tylko z Maryją.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół