• facebook
  • rss
  • Na kolanach wszystko rozumiem

    Agnieszka Napiórkowska

    |

    Gość Łowicki 34/2012

    dodane 23.08.2012 00:00

    Poznali się na peronie kolejowym. Mimo to przez 50 lat nigdy nie mieli pokusy, 
by od siebie odjechać. Jedynie w kościele stoją daleko od siebie.

    Od lat ulubionymi miesiącami wybieranymi przez narzeczonych na ślub są lipiec, sierpień i wrzesień. W wielu parafiach właśnie wtedy można mówić o pospolitym ruszeniu do ołtarza. W niedzielę 5 sierpnia 1962 r. miłość, wierność i uczciwość małżeńską ślubowali sobie Stanisława i Tadeusz Kowalczykowie. W dniu złotego jubileuszu dziękowali Bogu, że pomógł im dotrzymać słowa.


    – Bardzo czekaliśmy na tę jubileuszową Mszę św. – mówi Stanisława Kowalczyk. – Zaprosiliśmy na nią dzieci, wnuków i kilku znajomych. Uznaliśmy, że takiej rocznicy nie można świętować przy świecach w samotności. Chcieliśmy podziękować Bogu za lata wspólnie spędzone, ale i za Jego obecność i pomoc, którą czuliśmy na każdym kroku. Nie spodziewaliśmy się, że z tej okazji list prześle nam bp Józef Zawitkowski. Kiedy ks. proboszcz Stanisław Pawlina czytał go, aż mnie coś ścisnęło – przyznaje pani Stanisława.
We wspomnianym liście biskup napisał: „Czcigodni Jubilaci! Byliście dla mnie przykładem pobożności, modlitwy, miłości cichej i pokornej. (…) Patrzyli na Was ludzie jak na wzorowych pracowników poczty, a od 1987 roku jesteście dla księdza proboszcza pomocni jak Brat i Siostra”. 
– List z gratulacjami dostaliśmy też od prezydenta RP. Podkreśla w nim, że odznaczenie jest publicznym wyrazem wdzięczności za ofiarny codzienny trud w pokonywaniu przeciwności losu, za wspieranie się wzajemne. Prezydencki medal mają nam wręczyć w gminie. Miło jest dostawać takie gratulacje, ale podziękowania należą się przede wszystkim Najwyższemu – podkreśla Tadeusz Kowalczyk. – Święte słowa – przytakuje pani Stanisława. – Jak człowiek chce, by mu się wszystko układało, musi być związany z Bogiem. Patrząc na te wspólne lata, widzę, jak wiele dały mi godziny spędzone na modlitwie. Każdego dnia wychodzę do swojej samotni w ogrodzie i przynajmniej przez godzinę się modlę. Modlitwą zaczynam i kończę dzień. Przez lata siłę czerpałam również z kilkunastu pielgrzymek do Częstochowy. Wracałam z nich silna, mądrzejsza i... o 20 lat młodsza. Kiedy podnoszę się z kolan, wszystko rozumiem.
Siedząc przy herbacie i serniku, jubilaci chętnie wracają do czasów młodości. – Poznaliśmy się bez swatania na dworcu kolejowym. Moja żona rozmawiała tam ze swoim bratem stryjecznym. Podszedłem do nich. I tak od słowa do słowa umówiliśmy się na spotkanie. Nie chodziliśmy ze sobą długo. Ślub wzięliśmy po siedmiu miesiącach. Na początku chciałem zabrać Stasię do Skierniewic, ale jej szkoda było zostawić rodziców. Ustąpiłem i zostaliśmy w Stachlewie – opowiada pan Tadeusz. – Nie obeszło się przy tym bez tarć, ale od początku umieliśmy sobie ustępować. Szybko podjęliśmy decyzję o budowie domu. W starym było ciasno. Mieszkaliśmy z rodzicami w jednym pokoju. Oddzielały nas tylko szafy. Jak urodziła się nasza córka, to próchno sypało się w oczy. Dziś młodzi chcą mieć wszystko od razu. My dorabialiśmy się wiele lat. Dzięki temu mieliśmy marzenia i plany – opowiada S. Kowalczyk.
Wspomina, że na początku swojego małżeństwa chodziła spać późną nocą, bo nie mogła się z mężem nagadać. Dziś wszystko, co ważne, już sobie powiedzieli, dlatego zasypia zaraz po Apelu Jasnogórskim. – Nasze życie zleciało tak szybko jak otwarcie i zamknięcie drzwi. Choć nie było w nim sielanki, nigdy nie było pokusy, by się rozstać. W 1976 roku mieliśmy wypadek samochodowy. Miałam wtedy pociętą twarz i złamaną rękę. Lekarze przebąkiwali o operacji plastycznej. Tadzio się nie zgodził. Mimo blizn nadal mu się podobałam. On zawsze był dla mnie bardzo opiekuńczy. Od lat pomaga mi w rehabilitacji kręgosłupa. Kiedy trzeba, razem ze mną ćwiczy. I jak takiego nie kochać? – uśmiecha się. – Kiedy patrzę na niego, jak od 25 lat służy do Mszy św., nieraz żartuję, że byłby z niego dobry ksiądz. Kościół to jedyne miejsce, w którym mnie zostawia, ale nie mam mu tego za złe. Wiem, że sprawia mu to dużo radości. Bardzo lubię też słuchać, jak czyta czytania – opowiada pani Stanisława.
Rozmawiając z jubilatami, którzy w swoim życiu nie widzą niczego niezwykłego, trudno oprzeć się wrażeniu, że to, co najważniejsze, jest niewidoczne dla oczu.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół