• facebook
  • rss
  • Druh od Morse’a i gawędy

    Agnieszka Napiórkowska

    |

    Gość Łowicki 34/2012

    dodane 23.08.2012 00:00

    O organizacji obozów, zaopatrzeniowcu jeżdżącym rowerem, podpatrywaniu Kopernika i miłości do harcerstwa
z prof. dr. hab. Leszkiem S. Jankiewiczem
rozmawia Agnieszka Napiórkowska.

    Agnieszka Napiórkowska: Mimo pracy naukowej, jakiej przez lata oddawał się Pan w Instytucie Sadownictwa i Kwiaciarstwa w Skierniewicach, znajdował Pan także czas na pracę społeczną z dziećmi i młodzieżą. Skąd taka pasja?
    Prof. Leszek S. Jankiewicz: – Moje dzieci zaczęły dorastać. Wiedziałem, że w wieku ponad 10 lat zaczną wyzwalać się spod mojego wpływu i poddawać się naciskowi grupy rówieśniczej. Chcąc mieć wpływ na to, co je kształtuje, postanowiłem zorganizować im taką grupę. I tak rozpoczęła się przygoda z obozami.


    Na ich charakter, organizację i zasady miały też wpływ Pana osobiste doświadczenia związane z harcerstwem?
    – W 1934 r., mając 9 lat, pojechałem na kolonie zorganizowane przez harcerki. To był wyjątkowy wyjazd. Do dziś pamiętam nasze mundurki, ogniska, nocne alarmy i wieczorne apele, na których – trzymając się za ręce – śpiewaliśmy „Idzie noc... Bóg jest tuż”. Wtedy rzeczywiście czułem, że Pan jest blisko. Tamten wyjazd, a także przykład mojego brata Adama, podharcmistrza w Piotrkowie Trybunalskim, entuzjasty harcerstwa, oraz moje późniejsze związanie się z Armią Krajową odcisnęły swój wyraźny ślad. I to one sprawiły, że – organizując obozy – robiłem je na wzór harcerski.


    Pierwszy obóz odbył się w Sulejowie w 1967 r. Do dziś ma go Pan przed oczami?
    – Nie tylko obóz, ale i 2-letnie przygotowania. Brało w nim udział 20 uczestników. Zaopatrzeniowcem był mój laborant Kazimierz Muszyński. Tuż przed wyjazdem powiedział mi, że – organizując taki wyjazd – ze względu na odpowiedzialność pakuję się do więzienia i że samego mnie nie puści. Towarzyszył mi przez kilka lat. Potrzebne produkty przywoził... na rowerze. Sami kucharzyliśmy. Pamiętam, że jednego dnia po południu kupiliśmy zabite kury i w obozie przy latarkach je patroszyliśmy, przy okazji odbywając lekcję anatomii. Innym razem niezapomnianą potrawę zrobiły dziewczęta. Wróciliśmy z wycieczki, a one przekonywały nas, że ugotowały jakiś specjał. Głodni otoczyliśmy kocioł. Kiedy podniosły pokrywę, z gara wyskoczyło kilkanaście żab. Podobnych żartów było więcej. W mojej pamięci obóz ten zapisał się jako bajkowy.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    Zapisane na później

    Pobieranie listy

    Reklama

    przewiń w dół