• facebook
  • rss
  • Franciszka, co głaszcze zbolałe serca

    Agnieszka Napiórkowska

    |

    Gość Łowicki 45/2012

    dodane 08.11.2012 00:00

    170. urodziny matki. – Dzięki jej wstawiennictwu moja mama wyzdrowiała, a Franciszka została błogosławioną. O mnie też nie zapomniała. Pomogła mi dwa razy wstąpić do nazaretanek – mówi s. Eugenia Rataj.

    W poniedziałek 12 listopada czciciele bł. Franciszki Siedliskiej, założycielki Zgromadzenia Sióstr Najświętszej Rodziny z Nazaretu, będą świętowali 170. rocznicę jej urodzin. Z tej okazji w wielu domach w Roszkowej Woli i w Żdżarach jej sąsiedzi przy szklance herbaty i słodkim cieście będą wspominać nie tylko jej życie, ale także wszystkie cuda, do których się przyczyniła.

    Potem, jak zwykle, pójdą do kościoła lub kaplicy, żeby spotkać się z błogosławioną. Nie można przecież świętować urodzin bez szacownej jubilatki.

    Święta przed błogosławioną

    Przychodzący do kaplicy sąsiedzi jedni przez drugich opowiadają wydarzenia z jej życia, pokazują obrazki i kopie zdjęć, których w każdej rodzinie jest przynajmniej kilkanaście. – W Roszkowej Woli mieszkam 50 lat. Przyszłam tu do męża – mówi Jadwiga Zarychta. – Jak się dowiedzieliśmy, że Franciszka ma zostać błogosławioną, cieszyliśmy się jak małe dzieci. Zanim to się stało, skrzyknęliśmy się i na ziemi należącej kiedyś do jej rodziców postawiliśmy kaplicę. Ziemię pod jej budowę przekazało 5 gospodarzy. Nikt nie robił problemu, bo tu wszyscy od dawna uważaliśmy ją za świętą – opowiada pani Jadwiga. Parafianie budowali kaplicę w czynie społecznym, pomagał im proboszcz ks. Zbigniew Cieśliński. Uwinęli się szybko, a dom modlitwy powstał naprzeciw placu, gdzie kiedyś stał dom błogosławionej. W kaplicy są relikwie Franciszki. – Muszę przyznać, że daleko trzeba by szukać w diecezji drugiego takiego miejsca, gdzie jest aż tak żywy kult jakiejś błogosławionej czy świętej. Dla mieszkańców Roszkowej Woli i okolic bł. Franciszka jest matką, przyjaciółką i sąsiadką, do której biegnie się w każdej potrzebie – zapewnia ks. Mariusz Zembrzuski, proboszcz parafii w Łegonicach, na trenie której znajduje się kaplica. – Nie ma się co temu dziwić. Nikt tak nam nie pomaga jak ona. Jak tylko mamy jakieś kłopoty albo ktoś zachoruje, idziemy pożalić się Franciszce – wtrąca Stefania Goleń. – Nie ma dnia, żebym z nią nie rozmawiała. Co wyjdę na podwórko, patrzę w stronę kaplicy. Jak mi ciężko na sercu, zakładam buty i idę z nią porozmawiać. Miałam poważne kłopoty ze wzrokiem, lekarze kazali robić operację, a że się jej bałam, przyszłam do Franciszki... I co? Operacji nie było, a ja nadal mogę oglądać ten świat. Podobnych przypadków nie trzeba daleko szukać – zapewnia pani Stefania.

    Jabłoń i wędrowny relikwiarz

    Na godzinę przed Mszą św. przed kaplicą im. bł. Franciszki Siedliskiej w Roszkowej Woli gromadzą się wierni. Przychodzą dużo wcześniej i – co ciekawe – nikomu nie przychodzi do głowy, żeby nerwowo zerkać na zegarek. Część z nich, zanim uklęknie w ławce, śmiało podchodzi do ołtarza, żeby prosić o pomoc i dziękować za otrzymane łaski. Do takich zachowań zachęciła ich pracująca tu przez 4 lata s. Adriana, która za każdym razem, gdy słyszała o kłopotach mieszkańców, zapraszała ich przed ołtarz i razem z nimi modliła się. Opiekowała się relikwiami błogosławionej i nigdy nie trzymała ich pod kluczem. W chwili choroby któregoś z sąsiadów pakowała relikwiarz do torby i jechała z nim do domu czy szpitala. Nieraz zdarzało się, że zostawał on tam przez kilka dni. Potem ze łzami w oczach słuchała opowieści o tym, jak – dzięki wstawiennictwu Franciszki – choroba się cofała. – Wszystko to święta prawda. Tak było w przypadku mojego męża. Kiedy miał udar, siostra dała mi relikwie. Pojechałam z nimi do szpitala. Dałam je mężowi do ucałowania. Robiąc to, poprosił ją o pomoc. Po krótkim czasie powrócił do domu. Wcześniej, kiedy był młodym chłopakiem, cudem uniknął wypadku. Wtedy też wezwał jej pomocy. Wierzę też, że jej interwencja u Boga sprawiła, że moja mama, choć ciężko chorowała, nie cierpiała. Jak więc jej nie dziękować i o niej nie myśleć? Ona jest tu dla nas wszystkich jak ktoś z rodziny – opowiada Jadwiga Zarychta, przed której domem rośnie jabłoń pamiętająca błogosławioną. Mimo upływu czasu, drzewo nie starzeje się i nadal rodzi bardzo smaczne owoce. Błogosławiona ze Żdżar – jak twierdzą jej sąsiedzi – pomaga także w pogodzeniu się z wolą Bożą. Wszędzie tam, gdzie łzy nie są w stanie zmniejszyć bólu, ulgę przynosi rozmowa z Franciszką. Zapewniają o tym 93-letnia Leonia Kośka i jej synowa Genowefa. – W bardzo krótkim czasie straciłam dwóch synów, ojca i męża. Chłopcy zginęli w wypadkach. Nie miałam już łez. Nic nie pomagało. Myślałam, że tego nie przeżyję. Ale przeżyłam dzięki pomocy Franciszki. Przez wiele godzin się do niej żaliłam, a ona jakby głaskała moje zbolałe serce – wyznaje pani Genowefa.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół