• facebook
  • rss
  • Frytki z ryżem i chrząszcze z ulicy

    Marcin Kowalik

    |

    Gość Łowicki 49/2012

    dodane 06.12.2012 00:00

    W podróży zetknęły się z różnymi kulturami, także kulinarnymi. W Peru jadły świnkę morską, która śniła im się później po nocach.

    Trzy łowickie blondynki, a zrazem przyjaciółki – Marta Kosmowska, Anna Witkowska i Aleksandra Kolasiewicz – powróciły z podróży dookoła świata. Las Blondynas, jak siebie nazwały, w czasie wyprawy trwającej 190 dni odwiedziły 18 krajów, przemierzając 64 tys. 952 km.

    Białaski w komendzie

    – Pomysł podróży dookoła świata wyszedł od Oli, która stwierdziła, że dobrze byłoby zrobić coś szalonego – mówi Marta. – Przez dwa lata zdobywałyśmy wiadomości o krajach, które zamierzałyśmy odwiedzić. Ja o tych z Ameryki Południowej, Ania – o Australii i części Azji, Ola – o Sri Lance i Indiach. Na wyprawę musiałyśmy zgromadzić także pieniądze. Wzięłyśmy z Anią urlopy dziekańskie i całą trójką pojechałyśmy się za granicę, żeby trochę zarobić. Pracowałyśmy jako pomoce kuchenne, kelnerki, barmanki, sprzątaczki czy opiekunki do dzieci. W swojej podróży po świecie przekonały się, że Caracas jest najniebezpieczniejszym miejscem na świecie i że nie wypada wychodzić tam na ulicę nawet przy 40-stopniowym upale w krótkich spodenkach. – Pierwszego dnia po przylocie zaskoczył nas widok ubranych w długie spodnie ludzi – mówi Ola. – My, ubrane w stylu europejskim, w szortach, słyszałyśmy ciągłe docinki na ulicy: „Idźcie na plażę!”. Nazwano nas nawet ze względu na jasną karnację maślanymi bułeczkami. Następnego dnia wszystkie trzy założyłyśmy już długie spodnie, dostosowując się do miejscowych zwyczajów. Z całej wyprawy pobyt w Ameryce Południowej darzą największym sentymentem. Bawiły się jak dzieci pod wodospadem, zjeżdżały na rowerach drogą śmierci, ale... spotkała je także niemiła przygoda. – W Peru, gdy opalałyśmy się na plaży, złodziej wyrwał torebkę Oli, w której miała paszport i pieniądze – mówi Ania. – Na szczęście paszport udało się wyrobić w polskim konsulacie, ale wcześniej przeżyłyśmy sceny jak z „Procesu” Kafki. Policjant, zamiast nas przesłuchiwać, śpiewał, a nawet tańczył dla nas. Zadawał jakieś dziwne pytania, byle nas dłużej przetrzymać. Wszyscy w miejscowej komendzie cieszyli się, że trzy „białaski” do nich trafiły.

    Świnki i durian

    Las Blondynas nie są wybredne. W czasie podróży jadły to, co było dostępne w miejscu, w którym akurat przebywały. – Już na samym początku pobytu w Ameryce Południowej ugoszczono nas arepą, czyli bułką kukurydzianą, która prześladowała nas przez całą Wenezuelę. Tę bułkę je się z pomidorami, cebulą czy nawet jajecznicą. Królują tam również frytki, które jadane są z każdą potrawą, nawet z ryżem – mówi Ola. – Najlepiej smakowały jednak potrawy z asado, czyli grilla. Smak jest nieziemski, choć mięso jest prawie nieprzyprawione. Kawał mięcha rzuca się na ruszt, posypuje mąką lub skrapia cytryną, do tego dodaje się sól. – W Peru miałyśmy okazję zjeść miejscowy przysmak, który po polsku wymawia się jak „kuj”. Trafiłyśmy do „restauracji”, a tam świnki morskie. Wchodziły dosłownie wszędzie, nawet dzieci się z nimi bawiły. Kazano nam wybrać sobie świnkę do zjedzenia, zaznaczając, że osobniki męskie smakują lepiej. Świnka po upieczeniu została podana w całości. Okazało się, że mięso ma podobny smak do króliczego – mówi Ania.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół