• facebook
  • rss
  • Asado bez opłatka i kolędy

    Agnieszka Napiórkowska

    |

    Gość Łowicki 51-52/2012

    dodane 20.12.2012 00:00

    Misje. – Święta Bożego Narodzenia trwają u nas jeden dzień. W zeszłym roku w Pasterce, odprawianej późnym popołudniem, uczestniczyło 10 osób. Jedynymi znakami Bożego Narodzenia były mała, plastikowa choinka i mikroskopijny żłóbek – mówi ks. Adam Kwaśniak, łowicki misjonarz.

    Od 17 grudnia 2011 r. w Cholila w prowincji Chubut, w dalekiej Patagonii Argentyńskiej, proboszczem parafii Niepokalanego Poczęcia NMP jest ks. Adam Kwaśniak, łowicki kapłan, doktor filozofii, jedyny diecezjalny misjonarz. Parafia, w której pracuje, zajmuje ok. 300 km kw., na których mieszka ponad 4 tys. osób. Przed jej utworzeniem do Cholila dojeżdżali raz w tygodniu redemptoryści z sąsiedniego Lago Puelo, oddalonego o 90 km. Warto dodać, że stałej obecności Kościoła katolickiego i księdza nie było tam nigdy.

    Baran w miejsce ryby

    Nie ma się więc co dziwić, że święta Bożego Narodzenia w „łowickiej Patagonii” zdecydowanie różnią się od świąt w Polsce. – Inne jest wszystko, nawet to, że przypadają one tam na początku lata. O dzieleniu się opłatkiem nikt tu nie słyszał, zaś wieczerza wigilijna to jeszcze jedno asado (asado to baran przekrojony wzdłuż i ustawiony na pionowym ruszcie przy ognisku). O kluskach z makiem też nie ma co marzyć. Potrawy postne nie są tu znane w żadnej formie. Jedzeniem świątecznym jest zawsze asado. W Wigilię od południa trwa pieczenie barana. W tym czasie wszyscy oglądają telewizję, w której jedynym znakiem Bożego Narodzenia są okolicznościowe reklamy nawiązujące zwykle do prezentów. Co ważne, telewizor jest traktowany niemal jak członek rodziny. Odwiedzając domy parafian, nigdy nie widziałem wyłączonego telewizora. Gra on nawet podczas wigilijnego asado – opowiada ks. Adam. U argentyńskich chrześcijan nie da się posłuchać także śpiewu kolęd. Znają jedynie kilka piosenek podobnych do polskich pastorałek. „Cichą noc” w Cholila można usłyszeć jedynie w wykonaniu protestantów. Nikt tu nie słyszał także o kolędzie, która w Polsce rozpoczyna się zazwyczaj zaraz po świętach. – W samo Boże Narodzenie większość moich parafian albo śpi do południa i potem robi kolejne asado, albo jedzie na ryby. Jest to bowiem czas, w którym można liczyć na dobre branie. Złowione ryby, ze względu na to, że zostały złapane na terenach objętych ochroną, trzeba z powrotem wrzucać do wody. Mało kto ma z tym problem. Mięso ryb nie należy tu bowiem do szczególnie cenionych dań. Co innego baran – opowiada A. Kwaśniak, który – próbując przybliżyć klimat tutejszych świąt – dodaje, że znacznie większym niż Boże Narodzenie wydarzeniem dla jego parafian jest Cabalgata de los Reyes, czyli Pochód Trzech Króli, organizowany przez władze gminy w sobotę w okolicach 6 stycznia. – Cała gmina gromadzi się wówczas na placu, a królowie na koniach i w odpowiednich kubraczkach przejeżdżają przez osadę. Potem rozdaje się dzieciom prezenty i słodycze. Nie ma w tym jednak nic z religijnego wymiaru święta. Chodzi wyłącznie o przedstawienie i prezenty. Podczas takich uroczystości kościół świeci pustkami. Na Mszę przychodzi 5–6 osób, które przez cały czas myślą tylko o tym, by jak najszybciej dołączyć do tłumu świętującego na placu.

    Względny spokój

    Jak zapewnia łowicki misjonarz, w Cholila żyje się spokojnie. Standard życia przypomina opowieści kolonizatorów Bieszczad. – Prąd mają tu wszyscy, kanalizacja istnieje w części osady, niektórzy mają gaz, bo obok przebiega gazociąg. Internet ciągnie się jak beton przez słomkę i mają go jedynie wybrańcy. Za to telefonem komórkowym, za który płaci się jak za zboże, może pochwalić się każdy. Niemałą atrakcją są drogi. A właściwie ich brak. Przez okolicę przebiega tylko jedna droga asfaltowa licząca ponad 4 tys. km. Można ją porównać do drogi Łowicz–Kocierzew, z tą tylko różnicą, że istnieją w niej tak duże dziury, iż wjechanie w którąś z nich kończy się natychmiastową wywrotką. Wszystkie pozostałe trakty są uklepanym wysypiskiem kamieni z wyjeżdżonymi koleinami, na których bez problemu radzą sobie jedynie duże samochody terenowe. Ze zwykłych aut już po kilkudziesięciu kilometrach odpada wszystko, co nie jest przyspawane do karoserii – relacjonuje ks. Adam. Inną atrakcją jest nieustanna świadomość obecności niedalekich wulkanów. W tej chwili przynajmniej dwa są aktywne i co jakiś czas wyrzucają z siebie chmurę popiołu. – Kiedy taka chmura nad nami zawiśnie, przestają latać samoloty, zapychają się filtry w samochodach, nie widać gór i jedzenie przypomina wylizywanie popielniczki. Oddycha się też popiołem, więc jesteśmy wtedy napyleni od środka i na zewnątrz. Niedawno zapalił się las w sąsiedniej wsi i byliśmy dodatkowo podwędzeni – nie traci humoru łowicki misjonarz. Ale nie brakuje też jasnych stron życia na misjach. Zdaniem księdza Kwaśniaka, na terenie jego parafii – póki co – nie ma większego problemu z rozbojami, porwaniami czy zabójstwami. Zdarzające się co jakiś czas morderstwo nie powoduje większego poruszenia wśród mieszkańców.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół