• facebook
  • rss
  • Po Golgocie nie ma strachu

    Agnieszka Napiórkowska


    |

    Gość Łowicki 13/2013

    dodane 28.03.2013 00:00

    Nadzieja paschalna. Wędrówkę Drogą Krzyżową mają już
za sobą. Ze swoimi umierającymi dziećmi przeszli wszystkie
14 stacji. Teraz czekają tylko na zmartwychwstanie.


    W domu Kowalczyków i Janusów obok krzyżyka, obrazków z Matką Bożą i figurek aniołów stoją kolorowe zdjęcia tych, którzy zakończyli już swoją ziemską wędrówkę. Ich śmierć dla najbliższej rodziny była nie tylko zaproszeniem do nawrócenia, ale także pewnością, że niebo istnieje. Ich dzieci, idąc tam, szły... z uśmiechem.


    Chciał coś dogonić


    Cztery lata temu, w święto Podwyższenia Krzyża, zmarł 5-letni Mateusz Kowalczyk. Mimo bardzo młodego wieku, był już po I Komunii Świętej, którą przyjął na Jasnej Górze, na miesiąc przed śmiercią. Potem każdego dnia przyjmował Pana Jezusa, bo – jak mówił – dawał mu On siłę i z Nim czuł się lepiej.


    – Mateuszek był wyjątkowym dzieckiem. Wszędzie go było pełno. Zamiast kolorowanek, zabawek i bajek, wolał zabawy na podwórku. Ścigał się taczkami z dziadkiem, z tatą naprawiał ciągnik – wspomina Agnieszka Kowalczyk, mama Mateusza. – Ciągle zachowywał się tak, jakby się spieszył i chciał coś dogonić. Pewnego dnia zaczął utykać na nóżkę, mówił, że go boli. Mąż położył go na łóżku i zaczął ją oglądać. Wyczuł zgrubienie. Pojechaliśmy do lekarza, który dał mu antybiotyk. Po 2 tygodniach zrobiono USG, które wykazało, że ma 3,5-centymetrowy guz. Następnego dnia był on już o centymetr większy. Był to nowotwór złośliwy. Rok z przerwami spędził w łódzkim szpitalu przy Spornej i w Międzylesiu. Dostawał chemię, która nie pomagała. Konieczna była amputacja nóżki. Zrobiono ją w Dzień Dziecka – wspomina pani Agnieszka.
Mimo cierpienia, Mateusz nigdy nie przestał być pogodny. Przez cały czas pocieszał rodziców i rozśmieszał rodzeństwo. Ciągle tańczył i śpiewał. Jego ulubionymi pieśniami były „Tylko Ty jeden wiesz” i „Ty tylko mnie poprowadź”. Zaskakiwał wszystkich swoją dojrzałością. W dniu Komunii św. odbył spowiedź, po której ks. Grzegorz Chirk, który przygotowywał go do sakramentów, powiedział: „Chciałbym, żeby wszyscy dorośli potrafili tak się spowiadać”.
– Ostatnie tygodnie spędził w domu. W opiekę włączyło się hospicjum. Mimo bólu, nie narzekał. Jak umiałam, z pomocą księży i siostry Adrianny z Roszkowej Woli, przygotowywaliśmy go do śmierci. Na niektóre pytania przez cały czas choroby odpowiadaliśmy mu ze ściśniętym gardłem. Tak było, gdy pytał: „Czy będziesz mnie kochała zawsze, nawet jak będę u Pana Boga?” albo „Jak będę jeździł rowerkiem bez nóżki?”. Jego Droga Krzyżowa, w której uczestniczyliśmy, przygotowała nas na jego odejście. W momencie śmierci uchylił nam rąbek nieba. Zrobił to swoim uśmiechem, który był ostatnim wyrazem jego twarzy. Teraz ze spokojem czekamy na spotkanie się z nim i Chrystusem, do którego poszedł – mówi, ocierając łzy, pani Agnieszka.


    Nóżka od drugiej Mamusi


    Choroba i śmierć Mateusza całej rodzinie pomogły przewartościować życie. Dziś dbają o swoje relacje, troszczą się wzajemnie o siebie i starają się we wszystkim zgadzać z wolą Bożą.
– Mateusz był naszym mistrzem duchowym – podkreśla Natalia, jego starsza siostra, której tuż przed rocznicą śmierci się przyśnił. – Do dziś, gdy wspominam tamten sen, uśmiecham się. Widziałam w nim Mateusza siedzącego na dużym fotelu, który machał sobie dwiema nóżkami. Powiedział mi, że jest mu tam bardzo dobrze, że ma drugą Mamusię, która dała mu nową nóżkę. Razem poszliśmy do rodziców. Ale oni nawet w tym śnie go nie widzieli. Tata tylko go poczuł. Od czasu tego snu lepiej znoszę tęsknotę za nim. Podobnie, jak mama, ciągle z nim rozmawiam i o nim myślę. Jest ze mną podczas modlitwy i we wszystkich trudnych sprawach. Z rodzicami i rodzeństwem dziękuję Bogu za to, że dał nam przez 5 lat cieszyć się jego obecnością – wyznaje Natalia.
– Może trudno w to uwierzyć, ale ja na śmierć Mateusza nie patrzę jak na cios z góry. Ja czuję się wybraną matką, której Bóg powierzył tak wyjątkowy skarb. Jego życie było wielką łaską. Kiedy umierał, czułam, że u Boga będzie mu lepiej. Zgodziłam się na jego śmierć. I od tamtej pory mam swoje stacje w Drodze Krzyżowej, ale wiem, że grób jest pusty. Mój syn nie umarł. On tylko wyprzedził mnie w drodze do domu, gdzie na mnie czeka. Po takich doświadczeniach nie ma problemu z wiarą i modlitwą. Każdego dnia rozmawiam z Panem Bogiem i z Matką Najświętszą. Na modlitwie zapewniam też Mateuszka, że nadal bardzo go kocham. I zawsze z wielką radością czekam na Wielkanoc – od śmierci syna żyjemy trochę tu, i trochę tam – zdradza pani Agnieszka.


    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół