• facebook
  • rss
  • Ścinki w zupie

    dodane 02.05.2013 00:00

    Bez prężnie działającego Uniwersytetu Trzeciego Wieku Łowicz byłby o wiele uboższy. Przy dużym zaangażowaniu członków ŁUTW i wsparciu finansowym od samorządu udało się stworzyć profesjonalną instytucję, której oferta zapełnia lukę po pracy w życiu emerytów.

    Atrakcyjny program

    ŁUTW obchodzi jubileusz 5-lecia. W tej chwili może pochwalić się gronem ponad 150 słuchaczy. Bożena Wójt od początku istnienia uniwersytetu czynnie uczestniczy w jego prowadzeniu, najpierw jako wiceprezes, a obecnie jako prezes. – Staramy się, żeby oferta była jak najszersza i jak najatrakcyjniejsza – mówi. – Bo kto jest w uniwersytecie? To osoby powyżej 50 lat, ale głównie w wieku około sześćdziesiątki, które odchodzą na emeryturę i szukają sposobu, żeby się realizować. Nie chcą popaść w marazm. Emerytura jest dla nich czymś nowym. Człowiek najczęściej zostaje sam, urywają się kontakty z pracy. Tylko nieliczni podtrzymują znajomości.

    Pani Bożena dobrze wie, o czym mówi. – Po 40 latach pracy sama szukałam dla siebie miejsca. Ludzie w moim wieku mają już dorosłe dzieci. Sytuacja demograficzna w Łowiczu jest taka, że młodzi opuszczają miasto w poszukiwaniu pracy i rodzice zostają sami. Ci rodzice znajdują miejsce u nas. Program zajęć jest bardzo atrakcyjny także po to, żeby utrzymać sprawność umysłową, psychiczną i fizyczną. Jest to ogromnie ważne przy chorobach cywilizacyjnych, jakie dotykają starszych ludzi – tłumaczy. Słuchacze łowickiego uniwersytetu uczestniczą w wykładach prowadzonych przez renomowanych wykładowców. Uczęszczają na lekcje angielskiego czy zajęcia komputerowe. Chodzą z kijkami po lasku miejskim, uprawiając nordic walking. Dbają o swoją sprawność fizyczną na basenie, podczas aerobiku i wycieczek rowerowych. Zajęcia dostosowywane są do potrzeb słuchaczy. Często jest to inicjatywa oddolna. W ten sposób powstało koło wycinankarskie.

    Nie takie lewe ręce

    Co tydzień w domu pani Grażyny spotykają się panie, które potrafią z bibuły czy kolorowego papieru wyczarować istne cuda. Panie są bardzo zgrane – kiedy na przykład robią kwiaty z bibuły w prezencie dla koleżanki, dzielą się pracą, wykonując każda inny element. – Jak u Chińczyków na taśmie produkcyjnej – żartuje pani Wanda. Po wielu tygodniach opanowały także trudną sztukę łowickiej wycinanki. Choć początki nie były łatwe. – Na pierwsze zajęcia zaproszona była wycinankarka łowicka. Dała nam kilka lekcji. Usłyszałyśmy od niej: „Teraz postrzępcie to”. A my się zastanawiamy, jak to strzępić? – opowiada pani Grażyna. – Śmiałyśmy się na początku, że wszystkie mamy lewe ręce. Były takie myśli: „My się tu nie nadajemy, to nie dla nas” – dodaje pani Anna. Do tego przyszły kłopoty z salą i nie miał kto prowadzić zajęć, bo twórczyni ludowa nie chciała zdradzać więcej tajemnic swojego warsztatu. Nie zraziło to jednak grupy i panie postanowiły spotykać się w domu prywatnym. – Trochę z nas drwią, że schodzimy się jak na „pierzonkę”, bo tu jest taka atmosfera. Pogadamy sobie, pośmiejemy się, wypijemy jakąś kawę czy herbatę. A nieraz, jak się zajmiemy pracą, to nawet nie mamy czasu na rozmowy. Panuje wtedy cisza jak makiem zasiał – mówi pani Grażyna. Swoje prace rozdają innym, nie zarabiają na tym. Obdarowują rodzinę i znajomych, wycinanki dostają także wykładowcy. Odwdzięczają się w ten sposób za prowadzone zajęcia, bo ci nie chcą brać za wykłady pieniędzy, traktując to jako swoją misję. Panie z UTW zadają kłam tym, którzy twierdzą, że na starość człowiek niczego się nie nauczy. – Najważniejsze to chcieć – mówi pani Wanda. – Mam wielką satysfakcję, gdy wysyłam własnoręcznie zrobione kartki do znajomych. Specjalnie pod wycinanką podpisuję: „Wanda M.”. Później słyszę od znajomych: „To ty zrobiłaś? Niemożliwe! Jesteś taka zdolna!”. – Cepelię to omijałam z daleka. Mnie to w ogóle nie interesowało. Nie wycinała ani mama, ani babcia. A teraz jestem zapraszana nawet do szkoły na specjalne pokazy jako twórczyni ludowa – śmieje się pani Anna. – Raz nawet w Łodzi przez tydzień reprezentowałam region łowicki na targach folklorystycznych. Przychodzili studenci, robili zdjęcia i chcieli pisać pracę magisterską o moich wycinankach. Umiejętności wycinankarskie przydają się w nieoczekiwanych momentach. – Kiedyś w sanatorium nie chciano przydzielić mi pokoju. Powiedziałam do recepcjonistki: „Wie pani co, mam tutaj z regionu taki mały upomineczek”. Od razu się pokój znalazł. Następnego dnia patrzę, a moja praca w rameczkach już na ścianie pięknie wisi.

    A może na kije?

    Słuchaczki uniwersytetu swoim zainteresowaniom poświęcają nie tylko czas, ale i pieniądze. – Zawsze jakieś tam grosze w kieszeni się znajdą. Mogłabym sobie kupić kosmetyk, ale mówię „nie”. Idę i kupuję bibułę – mówi pani Anna. – Kiedyś to babcie siedziały pod piecem i sobie cięły, bo nie miały co robić. Nie było telewizji – mówi pani Benigna. – A my mamy telewizor i go nie włączamy. Potem później w domu pełno ścinków. Nawet w zupie pływają – dodaje pani Grażyna. Bo panie znajdują także czas na pomoc przy wychowywaniu wnuków. Rytm dnia wyznaczają obowiązki rodzinne.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół