• facebook
  • rss
  • Lekcja od Francuzów

    Agnieszka Napiórkowska

    dodane 29.05.2013 09:00

    Słysząc o milionie Francuzów, którzy w obronie rodziny wyszli na ulice, i widząc, jak wielu osób brakowało podczas ostatnich ważnych wydarzeń diecezjalnych, pomyślałam, że każdy z nas powinien zrobić sobie rachunek sumienia.

    Każdy powinien zapytać siebie, czy stać go na takie zaangażowanie. Póki co, jest ono przecież bezpieczne, nikt do nikogo nie strzela, nie zamyka w więzieniu, nie prześladuje. Wystarczy wyłączyć telewizor, wstać z fotela, założyć buty i dołączyć do tych, którym nie jest obojętne, czego uczą się nasze dzieci, czy życie jest chronione od poczęcia aż do naturalnej śmierci i jak zdefiniowana jest rodzina. Francuzi już nie po raz pierwszy jasno wypowiedzieli swoje zdanie. A że było ich wielu, nie można uznać (choć próbuje się to robić), że takie poglądy są prywatną sprawą kilku osób. I to daje nadzieję.

    Ktoś mógłby powiedzieć, że przecież my także to robimy. Owszem, robimy, ale jak? I nie mam tu bynajmniej na myśli organizacji Marszów dla Życia czy choćby odbywających się w ostatnim czasie zbiórek podpisów pod projektem ustawy chroniącej życie. Wiem bowiem, że ci, którzy zajmowali się i nadal się zajmują ich przygotowaniem, nie zawiedli. Moje „jak” dotyczy frekwencji. A z tą mamy spore kłopoty. Tak było choćby podczas Dziedzińca Pogan, podczas którego sale kinowe nie pękały w szwach. Tak też było podczas niedzielnego Marszu dla Życia w Skierniewicach. Tłumów nie widać również podczas zbiórek podpisów. Widząc to, chciałoby się zawołać: "Ludzie, co się z wami porobiło?!".

    Tydzień spędzony na Dziedzińcu Pogan dawał nie tylko szansę na spotkanie ze znanymi reżyserami, aktorami, którym można było zadać pytanie, poprosić o autograf. Był on także doskonałą okazją do refleksji nad swoją wiarą, a także nad tym, na ile w swoim życiu idziemy za Chrystusem, a na ile przytakujemy jedynie Jego nauce, nie wcielając jej w życie. No właśnie. Na ile?

    Marsz dla Życia i Rodziny to także szansa do wyrażenia tego, jak wielkimi wartościami są dla nas małżeństwo i rodzina, która swój pierwowzór czerpie z Boga. Niestety, tego dnia wiele osób nie zdecydowało się dołączyć do maszerujących. Tłumów nie było także na koncercie zespołu Dzieci z Brodą.

    Przyznam, że przykro było mi odpowiadać na pytania kilku osób, w tym także mojego męża, którzy - patrząc na liczbę uczestników marszu - pytali:  "Gdzie są nasi księża? Gdzie szkoły katolickie i wszystkie te, które za swoich patronów obrały świętych i błogosławionych? Gdzie ludzie, którzy przy różnych okazjach pomstują na to, że w jednym czy drugim mieście nic się nie dzieje?". No cóż, mi również ich brakowało. Tym razem nie przekonały mnie słowa ks. Grzegorza Gołębia, że nie liczba jest najważniejsza. Pewnie, że nie liczba. Ale w tym przypadku ta liczba była znacząca. Jej skromność obnażyła pewną wadę, którą można zaobserwować w wielu środowiskach. Jest nią brak jedności i zaangażowania. Wiele osób angażuje się jedynie w te rzeczy, pod którymi widnieje jego nazwisko. W inne, nawet gdy są ważne, słuszne i głębokie, nie wchodzi, bo nie wszyły one spod jego ręki. Myślę, że pora to zmienić. I - wzorem Francuzów - poczuć, że w jedności siła. To doświadczenie było udziałem tych, którzy się zaangażowali. I tak dla jasności: w Skierniewicach w marszu uczestniczyło kilkaset osób. Nie zabrakło wśród nich dyrektora Pijarskich Szkół Królowej Pokoju. Silną grupę stanowili także gimnazjaliści z "trójki". Nie zawiedli też zawiszacy, Domowy Kościół. I rodzice małych dzieci.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Komentowanie dostępne jest tylko dla .

    Reklama

    Zapisane na później

    Pobieranie listy

    Reklama

    przewiń w dół