• facebook
  • rss
  • Skarpa sobie usiadła

    Agnieszka Napiórkowska


    |

    Gość Łowicki 25/2013

    dodane 20.06.2013 00:00

    Krajobraz po burzy.
 – Jak mieszkam tu prawie 40 lat, czegoś podobnego jeszcze nie przeżyłam. W jednej chwili ze skarpy, nad którą stoi nasz dom, osunęło się kilka metrów. Od tego czasu wisi nad nami widmo ewakuacji
 – mówi Stanisława Barszcz z Sochaczewa.


    Ciągłe opady deszczu, nawałnice i gradobicia wyrządziły wiele szkód w całej Polsce, w tym także w diecezji łowickiej. Widok ulic, które zamieniały się w rwące potoki, zalane domy, pola, piwnice i samochody nie należały do rzadkości. W kilku miastach walka z żywiołem była wyjątkowo trudna. Tak było choćby w Głownie, gdzie ewakuowano kilka domów, a także pasażerów pociągu. Równie dramatycznie było w Sochaczewie, gdzie po ostatniej ulewie osunęła się skarpa, w wyniku czego mieszkańcom 8 domów grozi eksmisja. Z tego samego powodu konieczne jest ekshumowanie kilkudziesięciu grobów. Niewiele lepiej było również w Łowiczu, Skierniewicach i Żyrardowie.


    Weneckie klimaty


    Bardzo częste opady deszczu i przechodzące nawałnice sprawiły, że wiele osób, wychodząc z domu, bez względu na prognozy synoptyków, nadal odruchowo zabiera ze sobą kurtkę przeciwdeszczową lub parasol. Gros osób zainwestowało także w kolorowe gumowce, które bez reklamy stały się hitem sezonu. W wielu domach produktem pierwszej potrzeby stały się pompy wodne. Wszędzie tam, gdzie woda ustąpiła szybko, nie wyrządzając wielkich szkód, mieszkańcy niemal natychmiast zapomnieli o dniach, w których ich miasta przypominały ulice Wenecji. Oglądając nagrane przez siebie filmiki i zdjęcia, chwalili ofiarność strażaków, pomoc sąsiadów i pomysłowość tych, którzy (nie zawsze za darmo) wyławiali utopione rejestracje i kołpaki.


    – W pierwszy wtorek czerwca, chwilę po ulewie, jaka przeszła nad Skierniewicami, jechałam z dziećmi do rodziców. Na Sobieskiego, zamiast ulicy, zobaczyłam wielkie jezioro – wspomina Monika Sawicka. Przejeżdżające przez wodę samochody zachęciły panią Monikę, by pójść w ich ślady. Trudny manewr pewnie zakończyłby się sukcesem, gdyby nie jadący z przeciwka bus, który zrobił wielką falę. – To było bardzo stresujące doświadczenie. Auto zgasło mi w środku kałuży, zgubiłam kołpak, osłonę silnika i tablicę rejestracyjną. Odczepił mi się też zderzak. Na szczęście nie zalałam silnika. Po zawiezieniu dzieci do rodziców wróciłam do „jeziora”, by poszukać zgubionych rzeczy. Obok megakałuży kręcili się jacyś panowie, którzy po piwie mieli dużo zapału do brodzenia po wodzie. Jeden z nich zaproponował mi, bym wskoczyła mu na plecy, to mnie przeniesie. Ot, taki święty Krzysztof, tyle że na rauszu. Szybko jednak się okazało, że moja tablica i osłona zostały już wyłowione. Poinformowano mnie, że mogę... je wykupić za 10 zł. W innych warunkach pewnie bym się zdenerwowała, że ludzie próbują zarobić na cudzym nieszczęściu, ale w tej sytuacji byłam bardzo szczęśliwa. Nie miałam ochoty brodzić w tej wodzie. Nie uśmiechało mi się też wyrabianie nowej rejestracji i kupowanie kołpaka. Płacąc za swoje rzeczy, poczułam się jak w PRL, w którym czarny handel kwitł za każdym rogiem. Odkupione rzeczy mąż przyczepił mi na plastikowe paski. Do kolejnej wody na pewno będą mi służyć – opowiada z uśmiechem pani Monika.


    Gołębie nie przetrwały


    O tak szczęśliwym zakończeniu nie mogą mówić mieszkańcy Rawki, Głowna i Łowicza, którym woda zalała domy, piwnice i ogródki działkowe. We wszystkich wspomnianych miastach układano zapory z worków z piachem i przez kilka dni wypompowywano wodę. W Głownie, po spuszczeniu wody z zalewów w Koluszkach i Brzezinach, przez kilka dni obowiązywał alarm przeciwpowodziowy. Na szczęście sytuację udało się opanować. Konieczne jednak było ewakuowanie mieszkańców kilku domów, a także około 100 pasażerów podróżujących pociągiem relacji Warszawa–Wrocław. Pędząca woda podmyła bowiem nasyp kolejowy. Wszystkich pasażerów przetransportowano w bezpieczne miejsce, a następnie zorganizowano im transport zastępczy. Zniszczeniu uległo wiele chodników i dróg.


    Silne opady deszczu we znaki dały się także mieszkańcom Rawki, gdzie woda zalała kilka domów, a także ogródki działkowe. Te ostatnie pod wodą znalazły się po raz drugi w poniedziałek 10 czerwca.


    – Pierwszy raz zalało nasze domki 4 czerwca. Wtedy woda sięgała ponad metr – mówi Krystyna Kowalczyk. – Strażackie pompy chodziły tu przez cztery dni. Ostatnie dwa dni osuszaliśmy teren swoimi pompami. Potem zrobiliśmy trochę porządku. A teraz, po dwóch dniach, znów nas zalało. Ręce nam opadają. Najgorsze jest to, że znikąd nie możemy doprosić się pomocy. Obiecywano nam, że coś z tym zrobią. Ale nikogo nie widać. Przy pierwszym zalaniu mężowi potopiło się ponad 70 gołębi. Żal było patrzeć. Bałam się, by nie dostał zawału – mówi zmartwiona pani Krystyna.


    Zalanie działki jest trudnym doświadczeniem także dla Kazimiery i Zygmunta Wypychów, którzy przed Bożym Ciałem zakończyli remont swojego domku. – Od 28 lat mamy tu działkę i nigdy tak nie było. Poza domkiem, pod wodą są wszystkie uprawy i narzędzia. Nas nie stać jechać na wczasy. To jest nasza ostoja. Tu cieszyliśmy się z życia – mówi zdenerwowana pani Kazimiera.


    Silne emocje targają także panem Markiem, któremu utopiło się 40 gołębi. Ich hodowla była jego pasją. – Myślałem, że serce mi pęknie, jak je zobaczyłem wszystkie martwe. Jestem osobą samotną, nie wiem, czy starczy mi sił, by się podnieść. Ręce mi opadły. Przyjdzie się powiesić – mówi z bólem pan Marek, którego za takie słowa strofują sąsiedzi.


    Wszyscy działkowcy jako winowajcę swojego podtopienia wskazują sąsiada, który zasypał rów melioracyjny. By przekonać się o tym, czy mają rację, o wyjaśnienie i kontrolę proszą Urząd Miasta. Ten obiecuje, że sprawą się zajmie. Nie wiadomo tylko, kiedy.


    Dom nad osuwiskiem


    Po przejściu ostatniej ulewy najtrudniejsza sytuacja jest nadal w Sochaczewie. Zalane zostały domy, ulice, garaże, działki. Na ulicy Kolejowej płynąca z góry woda, w połączeniu z bardzo wysokim stanem rzeki Bzury (442 cm), podmyła skarpę, której kilkumetrowa część zsunęła się do rzeki. Osuwisko powstało zaledwie w odległości kilku metrów od stojących tam domów. – Skarpa nagle jakby sobie spokojnie usiadła – opowiada Stanisława Barszcz.


    Jeszcze tego samego dnia z pomocą mieszkańcom ruszyli burmistrzowie, pracownicy Ratusza, a także Zakładów Wodociągów i Kanalizacji oraz Gospodarki Mieszkaniowej. Służby miejskie, strażacy i mieszkańcy wzdłuż zagrożonych domów układali worki z piaskiem. W sumie w akcji wzięły udział 33 zastępy straży pożarnej. Do zabezpieczenia domów zużyto 250 ton piasku, który powędrował do 6700 worków. Urzędnicy niemal natychmiast ściągnęli do miasta ekspertów, w tym prof. Lecha Wysokińskiego, którzy dokonali oceny osuwiska i wskazali sposoby jego zabezpieczenia.


    Najbardziej zagrożony jest dom przy ulicy Kolejowej 1. Tam budynek od krawędzi skarpy dzieli jedynie 5 metrów. – Ten dzień zapamiętamy na długo. Przez wiele godzin razem z sąsiadami układaliśmy worki. Potem na naszych oczach osunęła się skarpa. Nie było przy tym huku. Drzewa złożyły się jak klocki lego – wspomina Magdalena Godlewska. – Od razu zaproponowano nam, byśmy opuściły dom. Póki co, nie zdecydowałyśmy się na ten krok. Mamy nadzieję, że nic gorszego się nie wydarzy. Czekamy na opinie specjalistów. Wówczas będziemy się zastanawiały, co dalej.

    – Jest to dom naszej mamy, która z powodu choroby teraz tu nie mieszka – dodaje Aleksandra Nasuta, która nie wyobraża sobie, by dom jej narodzin mógł spaść z urwiska. – Mam z tym miejscem tyle wspaniałych wspomnień! Przed osunięciem skarpa była bardzo łagodna. Razem z dziećmi z sąsiedztwa schodziliśmy tędy do wody, by popływać na pompowanych dętkach. Teraz przed naszym domem stoi patrol policji, który czuwa nad naszym bezpieczeństwem. O sytuacji, jaka tu panuje, nie powiedzieliśmy mamie, nie chcemy jej denerwować – mówi pani Aleksandra.


    Konieczne ekshumacje


    Trudne chwile z powodu osuwiska przeżywają także rodziny osób pochowanych najbliżej skarpy na cmentarzu przy ulicy Traugutta. Dziś wiadomo, że ekshumacji musi być poddane ponad 20 kwater. Zdenerwowanym rodzinom swoją pomoc obiecały władze miasta, a także ks. Piotr Żądło, proboszcz parafii św. Wawrzyńca.

    
– Zdaję sobie sprawę, że to, co się stało, jest bardzo trudne dla rodzin, dlatego staram się w miarę możliwości pomagać. Poza radą i wsparciem, razem z miastem partycypuję w kosztach związanych z przenosinami. Każdą sytuację rozpatruję indywidualnie. Będę też przy wszystkich ekshumacjach – zapewnia ks. Żądło.


    Procedury, które w tej sytuacji muszą zostać zachowane, wystawiają na ciężką próbę cierpliwość wielu rodzin. – Przychodzę tu każdego dnia, by sprawdzić, czy grób mojego dziadka nadal stoi – mówi Małgorzata Zielińska. – Dziadek był dla mnie bardzo ważną osobą. Był moją rodziną zastępczą. Mimo że zmarł, gdy miałam 6 lat, nadal go pamiętam. Nie mogę być teraz obojętna na to, co się dzieje z jego grobem. Kiedy potrzebowałam pomocy, on mnie przygarnął. Boję się, by jego grób nie poleciał do Bzury, dlatego jestem tu każdego dnia po kilka razy. Czekając na decyzję o ekshumacji, z niepokojem patrzę na osuwisko – mówi z przejęciem pani Małgorzata.


    O grób swojej teściowej zatroskany jest także pan Sławek. – Pochowaliśmy ją tam już po tym, jak osunęła się ziemia. Gdy szliśmy z trumną, nie pozwolono nam dojść do grobu. Poszli tam jedynie grabarze. Od środy 5 czerwca ziemia osunęła się o 40 cm. Wiemy już, że w naszym przypadku konieczna będzie ekshumacja. Jest to wszystko bardzo trudne, bo jeszcze nie ochłonęliśmy po pogrzebie. Bardzo martwię się, kto za to zapłaci. Ja nie mam pieniędzy. Samo przeniesienie nie jest problematyczne. Traktuję je jak przeprowadzkę. Obyśmy z nią tylko zdążyli. Chciałbym już mieć za sobą traumę, którą przeżywam, idąc każdego dnia na cmentarz, by sprawdzić, czy grób nadal stoi – mówi wzruszony pan Sławek.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół