• facebook
  • rss
  • Po ludzku nie powinnam żyć

    Monika Augustyniak

    |

    Gość Łowicki 28/2013

    dodane 11.07.2013 00:00

    O śmiertelnej chorobie, lęku i miłości płynącej z krzyża z Bogusławą Wojtyniak rozmawia Monika Augustyniak.

    Monika Augustyniak: Wiem, że pomimo ciężkiej choroby od kilkunastu lat jest Pani we wspólnocie parafialnej, posługuje modlitwą wstawienniczą, bierze aktywny udział w modlitwach o uzdrowienie. Czy zawsze była Pani tak bardzo zaangażowana w życie parafii?


    Bogusława Wojtyniak: Nie zawsze tak było. Pomimo że rodzice wychowywali mnie w wierze katolickiej, przystąpiłam do sakramentów świętych i chodziłam w miarę regularnie do kościoła, Bóg niewiele dla mnie znaczył i po prostu Go nie znałam. Uważałam, że jest gdzieś daleko i wysoko i na pewno nie obchodzę Go ani ja, ani moje problemy. Dlatego, kiedy urodziłam dzieci i byłam mocno zabiegana, zaczęłam odchodzić od Kościoła.


    Co więc takiego wydarzyło się w Pani życiu, że Bóg zaczął być dla Pani ważny?


    – W wieku 35 lat zachorowałam. Początkowo lekarze nie potrafili zdiagnozować mojej choroby. Z dnia na dzień traciłam siły, nie mogłam wstać z łóżka. Z jednej strony słyszałam, że to lenistwo i że nikomu nie chce się wstawać do pracy, a z drugiej strony byłam straszona, że to białaczka kostno-szpikowa albo inna poważna choroba. Po 6 latach lekarze zdiagnozowali u mnie zapalenie skórno-mięśniowe. To nic innego jak zanik mięśni. Kiedy zrobiono mi odpowiednie badania, okazało się, że mam 50–80 proc. zanikłych mięśni. Lekarze dają na tę chorobę góra 5 lat.


    To znaczy, że usłyszała Pani wyrok. Jak zareagowała Pani jako żona i matka dwóch synów?


    – Właśnie o synów bałam się najbardziej. Mieli wtedy 7 i 9 lat. I z tego panicznego lęku zaczęłam chodzić do kościoła. Błagałam Boga, by pozwolił mi odchować dzieci. Każda matka zrozumie, jak wielkim cierpieniem jest świadomość śmiertelnej choroby i perspektywa zostawienia dwójki małych dzieci. Moja wiara nie była wtedy głęboka, ale wiedziałam, że tylko u Boga mogę szukać ratunku i zlitowania. Od tego czasu chodziłam systematycznie na Eucharystię, zaczęłam żyć sakramentami.


    I to pomagało Pani przetrwać trudny czas?


    – Zdecydowanie tak. Zresztą wtedy jeszcze nie wiedziałam, że moje chodzenie do kościoła wyłącznie ze strachu będzie początkiem wspaniałej przyjaźni z Bogiem. Pewnego dnia koleżanka zaprosiła mnie na rekolekcje REO. I tam się wszystko zaczęło. Bóg stał się dla mnie Osobą, z którą mogę rozmawiać, której na mnie zależy, która jest blisko i – co najważniejsze – kocha mnie taką, jaka jestem. Kupiłam Pismo Święte i zaczęłam odkrywać, jakie cuda są w nim napisane. Znalazłam tam odpowiedzi na moje pytania i rozwiązania moich problemów.


    Może Pani podać jakiś przykład?


    – Jest ich wiele. Któregoś dnia wybierałam się na Eucharystię, ale czułam się tak słabo, że do kościoła doszłam ostatkiem sił. Klęknęłam przed Jezusem i zapytałam, czemu to wszystko musi być takie trudne. Zobaczyłam na ławce gazetkę, otworzyłam ją i przeczytałam fragment z Mądrości Syracha: „Dziecko, jeśli masz zamiar służyć Panu, przygotuj swą duszę na doświadczenia! (...) Przyjmuj wszystko, co przyjdzie na ciebie (...). Bo w ogniu próbuje się złoto, a ludzi miłych Bogu – w piecu poniżenia”. To była odpowiedź. Zrozumiałam, że życie z Bogiem nie będzie usłane różami, nie zawsze będzie świecić słońce, niekiedy będą też dni pochmurne i trudne. Paradoksalnie to mi pomogło. Bardzo często zdarza się sytuacja, kiedy czuję się fatalnie i nie mam sił wybrać się na Mszę, ale kiedy – na przekór wszystkiemu – tam dotrę, dostaję słowo pocieszenia i wracam do domu umocniona.


    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół