• facebook
  • rss
  • Wakacyjny „nadbagaż”

    Monika Augustyniak

    |

    Gość Łowicki 29/2013

    dodane 18.07.2013 00:00

    – Ostatnio znów widziałam wyrzucanego z samochodu szczeniaka. Ci Ludzie chyba nie mają sumienia! – denerwuje się Dorota Szwed, wolontariuszka skierniewickiego schroniska.

    Wakacje. Czas długo oczekiwanych wyjazdów i zasłużonego wypoczynku. Jednak nie dla wszystkich. Okres letni to wytężona praca i wiele zmartwień dla pracowników i wolontariuszy schronisk dla zwierząt. Ich powodem jest nieodpowiedzialność i brak wrażliwości ze strony tych, którzy pozbywają się swoich czworonożnych przyjaciół, bo... jadą na urlop. Domownicy z ogonem W domu pani Doroty aktualnie mieszka, poza członkami rodziny, 5 psów, 7 kotów i żółw. Z tej radosnej gromadki jeden pies i 4 koty czekają na nowy dom. Już od wielu lat Dorota Szwed, 25-letnia nauczycielka języka niemieckiego, „tymczasuje” bezdomne zwierzęta i szuka im domu.

    – Trafiają do mnie w różny sposób. Czasem ktoś dzwoni i mówi, że w mieście błąka się suczka lub kot, czasem ktoś przynosi mi zwierzaki do domu. Opiekuję się nimi do czasu, aż znajdę im nowe schronienie – opowiada pani Dorota. Prężnie działająca grupa wolontariuszy rozsyła wici między Łodzią a Warszawą, dzięki czemu w ciągu kilku tygodni przygarnięte pupile znajdują dom. Zwierzęta to największa pasja pani Doroty. Nie pamięta już, ile stworzeń przewinęło się przez jej cztery ściany. – Kiedy miałam cztery lata, dostałam dwa chomiki. Po jakimś czasie przygarnęliśmy psa Maksa i kota Dziabąga, świnkę morską, a za jakiś czas kolejnego psa. Wszystko na 48 mkw. – opowiada. Gdy miała siedem lat, pierwszy raz samodzielnie wykarmiła strzykawką kociaka. Rodzice byli i są przychylni pasji pani Doroty i jej siostry. – Opiekę nad zwierzętami traktowaliśmy jako naukę odpowiedzialności, samodzielności, troski o inne stworzenia – mówi Grażyna Szwed, mama dziewcząt. – Nie jesteśmy tak prężnymi wolontariuszami jak córka, jednak pomagamy jej opiekować się zwierzakami w naszym domu. A opieka nad znalezionymi psami i kotami nie ogranicza się tylko do podania miski pełnej wody i suchej karmy, spacerów i kąpieli. To przede wszystkim leczenie weterynaryjne, w tym także kastracja i sterylizacja. – To jedyne rozwiązanie, byśmy nie mieli na osiedlach sfor bezpańskich psów i kotów – zapewnia germanistka.

    W ostatnich tygodniach Urząd Miasta Skierniewice przeznaczył pulę pieniędzy na kastrację i sterylizację kotów dla ich żywicieli. – Mimo to, i tak nigdy nie mam grosza przy duszy – śmieje się wolontariuszka.  Marzenia Doroty Miesiące letnie to najtrudniejszy czas dla wolontariuszy i ich podopiecznych. – Schronisko pęka w szwach od szczeniaków, pokrytych suczek i starych psów. Zwierzę dorastające w bloku nie poradzi sobie w warunkach schroniskowych. Nie mówiąc już o szczeniakach, które natychmiast trzeba zabrać do domu, bo bez mleka matki narażone są na przeróżne choroby, a na szczepienia są za małe – martwi się nauczycielka, zachęcając do zabierania swoich pupili na wakacje. – To najlepsze rozwiązanie. Trzeba zadbać o szczepienia, obrożę z adresem, na wyjazd za granicę potrzebne są chip i paszport – dodaje. Innym wyjściem byłoby oddanie stworzenia do hotelu dla zwierząt. Niestety, takowych nie ma zbyt dużo. – W Michałówku jest „Hotelik u Milki”, ale moim marzeniem jest otwarcie własnego. Wierzę, że to jest dobre rozwiązanie dla osób, które nie chcą pozbywać się psa czy kota, ale ze względu na sytuację życiową nie mają co w danej chwili z nim zrobić. W hotelu można zostawić zwierzę nawet na kilka tygodni i potem bez wyrzutów sumienia je odebrać. By stworzyć takie miejsce, potrzebne są pieniądze, których w tym momencie nie mam – opowiada pani Dorota. W Skierniewicach, poza Dorotą Szwed, jest kilku wolontariuszy, którzy równie prężnie działają na rzecz zwierząt. Jedni zajmują się znajdowaniem bezpańskich stworzeń, inni przygarniają zwierzaki do siebie, jeszcze inni wspierają finansowo. – Dla mnie pozbycie się psa lub kota jest barbarzyństwem. Rozumiem jednak, że w życiu mogą się zdarzyć takie sytuacje, które to usprawiedliwiają. Niczym jednak nie da się wytłumaczyć przywiązywania psa do drzewa w lesie, wyrzucania go z pędzącego samochodu czy głodzenia. Bo przecież wystarczy oddać go w ręce wolontariuszy, którzy się nim zajmą. I nawet jeśli ten gest wiąże się ze wstydem i wysiłkiem, to sprawia, że człowiek w tej sytuacji pozostaje człowiekiem – mówi pani Dorota.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół