• facebook
  • rss
  • Duchowy lizak „Dziadka”

    Agnieszka Napiórkowska

    |

    Gość Łowicki 29/2013

    dodane 18.07.2013 00:00

    O tęsknocie za bigosem, parafii w Brazylii i Janie Pawle II, od którego wszystko się zaczęło, z ks. Stanisławem Kostrzyńskim, misjonarzem, rozmawia Agnieszka Napiórkowska.

    Agnieszka Napiórkowska: Ostatni raz widzieliśmy się kilka lat temu. Od tego czasu może tylko trochę broda i włosy urosły. Czy podczas powrotu domu, do parafii św. Jakuba, w której Ksiądz pracował, odżywają wspomnienia i chce się choć przez chwilę pobyć w tym, z czego się wyrosło?

    Ks. Stanisław Kostrzyński: – O, tak! Po 22 latach pracy w Brazylii wiem, że tam jest moje miejsce. Mimo to, spory kawałek mojego serca jest ciągle w Polsce. Przyjeżdżając do kraju, zawsze czuję się jak ptak powracający do starego gniazda. Wspomnienia, które na nowo odżywają, nadają słodkości życiu. To taki duchowy cukierek, lizak, po który chętnie się sięga. Będąc tu, z radością odwiedzam znajomych i przyjaciół. Z przyjemnością sięgam też po schabowego z bigosem, pierogi, grochówkę i różnego rodzaju ciasta (śmiech).

    Zdarza się Księdzu powracać także do dzieciństwa, domu rodzinnego i chwil, w których odkrył Ksiądz swoje powołanie?

    – I to nieraz. I, wierz mi, mam co wspominać. Do seminarium wstąpiłem w wieku 33 lat. I choć to był wiek Chrystusowy, koledzy od razu zaczęli nazywać mnie „dziadkiem”. Zanim usłyszałem głos powołania, obracałem się w środowisku ludzi stroniących od Kościoła. Wielu moich kolegów z tamtejszego okresu dawno już nie żyje. Wcześniej, jako mały chłopak, występowałem w jasełkach i mówiłem wierszyki księżom. Jeden z nich do dziś wspomina, że do kościoła przychodziłem w garniturku i eleganckich butach bez skarpetek. Ze skarpetką za nic bym ich na nogę nie wcisnął. Na nowe rodziców nie było stać. Gdy dorosłem, nieco rozluźniły się moje więzy z Kościołem. Systematycznie chodziłem jedynie na pielgrzymki.

    W takim razie jak to się stało, że wstąpił Ksiądz do seminarium?

    – Odpowiadając żartobliwie, mogę powiedzieć, że stało się to po rozmowie z księdzem na temat powołania. Do dziś pamiętam jego słowa: „Zobacz, Staszek, wchodzisz w lata, żadna dziewczyna cię nie chce. Idź do seminarium”. No i poszedłem. (śmiech) Wpływ na tę decyzję miały jednak nie słowa księdza, ale wybór Jana Pawła II na papieża. Gdy o tym usłyszałem, poczułem wewnętrzny głos, że i ja powinienem być księdzem. Potem papież był moim mistrzem i wzorem do naśladowania. A jak już jesteśmy przy wstępowaniu do seminarium, to dodam, że przyjmowało mnie tam dwóch prymasów Polski. Najpierw przyjął mnie kard. Stefan Wyszyński, który za kilka tygodni zmarł. Potem na rozmowę zaprosił mnie kard. Józef Glemp, który – widząc, ile mam lat – chciał się upewnić, czy nie zmieniłem zdania. Wstąpiłem jako 81. alumn w 1981 roku.

    Jak Księdza decyzję przyjęła rodzina? Nie byli zaskoczeni? Nie należał Ksiądz przecież do gorliwych katolików.

    – Nie mieli kłopotu z pogodzeniem się z tym, bo nic nikomu nie powiedziałem. O tym, że zamierzam być księdzem, dowiedzieli się po obłóczynach. Wcześniej zwierzyłem się tylko księdzu proboszczowi. Sześć lat seminarium to czas mojego nawracania się i stawiania sobie pytań: „Kim jest Bóg?”. Rodzice, gdy już się przyznałem, że jestem klerykiem, byli szczęśliwi. Najbardziej mama, która ciągle się za mnie modliła. Myślę, że ona jest drugą osobą, której zawdzięczam moje powołanie. Ona była bardzo pobożną i mądrą kobietą. Podczas moich święceń, które miały miejsce 27 maja 1987 roku, nie umiała ukryć wzruszenia. Tata w tym czasie, z powodu choroby, musiał zostać w domu. Towarzyszył mi podczas Mszy św. prymicyjnej w rodzinnej parafii. Na tę Eucharystię przyszło wielu moich kolegów, którzy do kościoła nie zaglądali. Widząc ich i mnie przy ołtarzu, był bardzo dumny. Niedługo po święceniach oboje moi rodzice zmarli.

    Kiedy zrodziło się w Księdza sercu pragnienie pojechania na misje?

    – Jeszcze w seminarium. Myślałem o Rosji, ale granice były zamknięte. Zanim się otworzyły, podpisałem zgodę na wyjazd do Brazylii. Wyjechałem zimą 1990 r. Na początku trudno było się przestawić. Wszystko było inne: klimat, jedzenie, zwyczaje. Przed wyjazdem nigdy na oczy nie widziałem czarnoskórego człowieka. A większość moich parafian jest koloru czarnego. Tak zresztą jak Matka Boska. Jadąc na misje, bardzo chciałem poznać tamtejszą ludność. Dziś wiem, że mają takie same pragnienia, uczucia, marzenia. Przez cały czas zastanawiam się, co trzeba zrobić, by ta jedność była dla wszystkich oczywista. By nie traktowano ich jak ludzi gorszych. Wiem, że moją rolą jest być tam nauczycielem. Przyznam ci się jednak, że bardzo często to ja jestem nauczany. Oni mają dużo większy charyzmat jedności. I choć nie jedzą wszyscy razem jednego obiadu i do bogatszych domów mają klucze, marzę, by wszystkie domy, a zwłaszcza kościoły (nie tylko na misjach) były otwarte. Czuję, że powinniśmy wszyscy odzyskać utracone zaufanie do swoich braci. Otworzyć drzwi to pozbyć się strachu. To także zgodzić się na to, by mniej posiadać, by część z tego, co jest moje, rozdać innym. My, niestety, ciągle budujemy między sobą bariery. A Chrystus jest jeden, dla wszystkich.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół