• facebook
  • rss
  • Spójrz na życie... z góry

    Monika Augustyniak

    |

    Gość Łowicki 31/2013

    dodane 01.08.2013 00:00

    – Z szybowaniem jest tak, że jak już ktoś zacznie, nie może przestać – opowiada Marcin Sokół, pilot.

    Wreszcie się doczekali! Pasjonaci szybowania w przestworzach wrócili na swoje łąki w Łękach Kościelnych. Do połowy lipca podtopione pola nie pozwalały im na start i lądowanie. Latali w Płocku. Dziś kilkudziesięciu paralotniarzy pokonuje dziesiątki kilometrów dziennie, by przeciwstawić się grawitacji, oderwać się od ziemi i jej codziennych problemów. Mówią, że spełniają swoje dziecięce marzenia.

    Jak bujać w obłokach?

    Instruktorem szkoły paralotniowej jest Marcin Sokół, latający od 1979 roku na szybowcach, balonach i nie tylko. Ostatecznie wybrał paralotnię. – Zrobiłem to dlatego, że szybowanie to wspaniała rekreacja – opowiada pan Marcin, który w dzieciństwie oglądał latające z Okęcia samoloty i już wtedy marzył o oderwaniu się od ziemi. Choć z pozoru szybowanie wydaje się dość proste, w rzeczywistości takie nie jest. Pierwszym punktem szkolenia jest bieganie po łąkach z paralotnią. – Na szkolenie przeznaczonych jest 8 godzin. Ja wyrabiam się w 16. Żeby być w miarę bezpiecznym w chmurach, trzeba liznąć trochę aerodynamiki, meteorologii, fizyki, wzorów. Trzeba wiedzieć, jak paralotnia zachowa się w określonych warunkach, jaka pogoda pozwala na szybowanie, gdzie wolno latać, a gdzie nie. Oczywiście, praktyka jest najważniejsza. Są ludzie, którzy wieczorem pierwszego dnia już latają, ale są i tacy, którzy nie polecą nigdy – tłumaczy instruktor. O tym, że start i lądowanie są znacznie bardziej niebezpieczne niż samo przebywanie kilka tysięcy metrów nad ziemią, świadczą liczne kontuzje pilotów. Pan Marek miał złamany kręgosłup, pan Janusz kręgosłup pęknięty w trzech miejscach i połamane dwie nogi. Inni mają na koncie skręcone kostki i tym podobne obrażenia. W ostatnich dniach ponownie doszło do poważnego wypadku. – To nie znaczy, że jest to bardzo niebezpieczny sport. Podczas jazdy rowerem czy na nartach też można się połamać. A ilu ludzi utopiło się już tego lata? Ważne jest to, żeby wciąż uczyć się kontrolować sytuację i być rozważnym.

    Strzeż się wideł

    Połamane kończyny i przebyte operacje nie zniechęciły paralotniarzy do latania. Było dla nich jasne, że po rehabilitacji wrócą na start. – Z lataniem jest zazwyczaj tak, że w jednym sezonie człowiek się uczy, a w kolejnym ma już własny sprzęt i każdą wolną chwilę spędza w chmurach – tłumaczy Marcin Karcz. Jarosław Pufal rok temu przyjechał na pole z córką. – Córka jeszcze nie lata, a ja już mam swój sprzęt. Pierwsze dwa dni biegałem po polu. Schudłem kilka kilogramów. Od razu złapałem przynętę. Latanie jest niesamowicie wciągające. Uczucie, kiedy nogi odrywają się od ziemi, adrenalina, jaką się dostaje – nie do opisania. Wśród pilotów krąży powiedzenie: „Jeśli praca przeszkadza ci w lataniu, rzuć pracę”. Śmiejemy się, że gros z nas chodziło kiedyś w eleganckich garniturach, a teraz większość pensji wydajemy na bujanie w obłokach – opowiada pan Jarek. Paralotnia nie jest najlepszym środkiem lokomocji, jednak są tacy, którzy oddalają się nawet o kilkaset kilometrów od miejsca startu. – Czasem są tak dobre warunki atmosferyczne, że można poszybować naprawdę daleko – opowiada pilot Janusz. – Warto wypatrzeć jakiegoś ptaka i lecieć za nim, bo ten intuicyjnie wybiera najlepszą drogę. Niektórzy latają 100, 200 km. Potem lądują na czyimś polu. Zdarzają się śmieszne historie. Niejednemu już rolnik pogroził widłami za wyrządzone szkody. Wtedy trzeba mieć ze sobą pieniądze, na widok których widły miękną. A potem człowiek szuka środka transportu do domu albo liczy na swoich dobrych kolegów pilotów – śmieje się pan Janusz. Najdalej poleciał Rafał Bałaziński – pierwszego dnia przebył w kilka godzin 214 km do Piły, następnego dotarł do Wrocławia, a w kolejnych dniach wracał. Piloci wyposażeni są w GPS i radio. I z roku na rok wzrasta liczba pasjonatów szybowania. Pani Agnieszka wzbiła się w przestworza zaledwie kilka razy, ale zapewnia, że będzie wracać do latania. – Dla mnie to nie tylko adrenalina i nowe doświadczenie sportowo-rekreacyjne. Im wyżej się unoszę, im ludzie, domy i ziemia stają się mniejsze i odleglejsze, tym więcej nabieram dystansu do codzienności. Mam wrażenie, że z wysoka mogę spojrzeć na moje problemy jakby z boku. Chyba mogę to nazwać przeżyciem duchowym – opowiada i cieszy się, że latania można nauczyć się już nie tylko w górach, ale także na nizinach, gdzie powstaje coraz więcej szkół.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół