• facebook
  • rss
  • Miałem oczy zamknięte

    Agnieszka Napiórkowska

    |

    Gość Łowicki 36/2013

    dodane 05.09.2013 00:00

    O wierze głową i sercem, zachwycie Polską, miłości do Julii i wyjątkowych trzech tygodniach spędzonych w Rio de Janeiro z Jose Luisem Cortizo Mirasem rozmawia Agnieszka Napiórkowska.

    Agnieszka Napiórkowska: Na Światowe Dni Młodzieży do Rio wyjechał Pan z grupą Polaków. Czy z Hiszpanii nie organizowano wyjazdów?

    Jose Luis Cortizo Miras: Owszem, organizowano, ale ja wolałem pojechać tam z Polakami, wśród których była moja narzeczona Julia Kłoczkowska. Ten wyjazd był pewnego rodzaju podróżą przedślubną, połączoną z rekolekcjami. A poza tym muszę przyznać, że wśród Polaków czuję się dużo lepiej niż wśród Hiszpanów. Na zakończenie wyjazdu, kiedy dzieliliśmy się naszymi doświadczeniami, powiedziałem, że w Hiszpanii się urodziłem, ale moim krajem jest Polska. Tu mogę być sobą, tu chcę mieszkać, wychowywać dzieci i wzrastać w wierze.

    W Hiszpanii nie jest to możliwe? Czy mógłby Pan coś powiedzieć o swojej rodzinie, swojej wierze?

    Pochodzę z rodziny, która tylko w połowie jest religijna. Jestem najmłodszy z ośmiorga rodzeństwa. Moja mama jest bardzo pobożną kobietą. Tata pracował, miał firmę. Niestety, głównie przez jego problemy z alkoholem rodzice się rozwiedli. Bardzo to przeżywałem. Widziałem mamę i tatę jako dwoje, nie jako jedno. Tata bardzo często żartował z Kościoła. Mama uczyła mnie wiary i szacunku do Boga. Kiedy chodziłem do szkoły, jednym z przedmiotów była religia. Nie braliśmy jej jednak na serio. Często się z niej podśmiewaliśmy. Myślałem, że nie może być inaczej. Kto chodził do kościoła, uchodził za głupka, wariata. W Hiszpanii większość osób, które przychodzą na Msze św., robi to nie z potrzeby serca, ale by to dobrze wyglądało. W czasie różnego rodzaju spotkań, rozmów nie mówimy o wierze. To jest w pewnym sensie temat tabu. Wiara jest prywatną sprawą. Będąc tam, nie mogłem być do końca sobą. Dziś wiem, że do wiary trzeba dojrzeć.

    Czy pomocą w dojrzewaniu były Julia, jej rodzina i fakt, że w Polsce ludzie dzielą się swoją wiarą?

    Bez wątpienia tak. Z Julią znamy się już kilka lat. Poznaliśmy się podczas jej pobytu w Hiszpanii, który odbywał się w ramach wymiany studenckiej. Przyjechała do Santiago de Compostela, gdzie mieszkam. Kiedy przyjeżdżałem do Polski, na początku czułem lekką presję, dotyczącą chodzenia do kościoła. Trochę się opierałem, bo nie chciałem być do niczego zmuszany. Patrząc na bliskich Julii, widząc ich relacje, zauważyłem, że dzięki temu, iż są blisko Boga, są też bliżej siebie. Myślę, że wcześniej miałem oczy zamknięte. Teraz widzę! Wiem, że Bóg przybliżył mi siebie. Poznałem Julię, poznałem dobrych ludzi. W każdą niedzielę jestem w kościele. Zadziwiające jest tu to, że podczas Eucharystii w Polsce, choć rozumiem 60–70 proc. tego, co jest mówione, dociera do mnie więcej niż w Hiszpanii, gdzie każde słowo jest mi znane. Tu rozumiem nie tylko głową, ale i sercem. Dlatego po naszym ślubie, który ma się odbyć już niebawem, zamierzam zostać w Polsce. W Hiszpanii bałbym się wychowywać moje dzieci. Tam ludzie mają inną mentalność. Rodzice nie wtrącają się. Młodzi robią, co chcą. Ja teraz to wszystko widzę inaczej. Wiem, że chcę swoim dzieciom dawać świadectwo wiary i towarzyszyć im w ich życiu. Dziś wiem, że dużo wygrałem. Jestem nowym człowiekiem, który ma odwagę, także w Hiszpanii, mówić o swojej wierze. I – co ciekawe – nikt się z tego nie śmieje. Trudno przecież śmiać się z czegoś, co jest prawdą i co jest ważne dla danej osoby.

    Jak już Pan wspomniał, ważnym wydarzeniem, które jeszcze bardziej zbliżyło Pana do Boga, był wyjazd do Rio na ŚDM. Dlaczego te dni były tak wyjątkowe?

    O tym, co tam przeżyłem, mógłbym opowiadać rok. Czasem brakuje mi polskich słów, by to wszystko wyrazić. Nigdy wcześniej nie spotkałem tylu tak dobrych ludzi. W Brazylii byliśmy trzy tygodnie. Najpierw na dniach misyjnych, potem na spotkaniu z papieżem. Jadąc tam, musiałem pokonać wiele swoich oporów. Jednym z nich było latanie samolotami. Na dodatek zostaliśmy z Julią rozdzieleni i każde z nas leciało innym. W Brazylii zostaliśmy zakwaterowani u rodzin. To też był dla mnie duży problem, bo ja nie lubię chodzić do cudzych domów. Pierwszy raz mieszkałem u obcych ludzi. Najpierw w Itaipu (diecezja Niteroi) u dość zamożnych rodzin. Tam czułem się super. Małżeństwo, które mnie gościło, było bardzo otwarte, bardzo miłe i pomocne. Rozmawialiśmy ze sobą do późnych godzin nocnych. Już pierwszego dnia czułem się tak, jakbyśmy byli rodziną. Podczas ŚDM w Rio de Janeiro zakwaterowano nas w dzielnicach niebezpiecznych, na obrzeżach miasta, gdzie mieszkało bardzo wielu ubogich ludzi. Musieliśmy z wiadrem chodzić po wodę. Mimo to, że na jedną z grup napadnięto z bronią w ręku, że w niektórych miejscach było niebezpiecznie, przez cały czas czułem opiekę Pana Boga. Przy tych ogromnych kontrastach, tym, co mnie uderzyło, był fakt, że zarówno w tej bogatej, jak i ubogiej dzielnicy przyjmujący nas ludzie dzielili się tym, co mieli. W ubogich domach spotykało nas tyle samo życzliwości i ciepła, co w tych zamożnych. Wtedy zrozumiałem słowa papieża, że prawdziwe bogactwo jest w sercu człowieka.

    Dni spędzone w Rio to chyba także czas doświadczenia jedności Kościoła, budowania relacji z Bogiem i ludźmi i jeszcze lepsze poznawanie siebie samego?

    Tak, to prawda. Kiedyś myślałem tylko o sobie. Teraz stałem się lepszą osobą. Radość zaczęło mi sprawiać pomaganie innym. Sam fakt, że czymś się dzielę, uszczęśliwia. Przez te 3 tygodnie nie tylko doświadczyłem jedności i siły, jaka jest w Kościele, ale także przełamałem dystans, jaki miałem w stosunku do kapłanów. U nas ta odległość od siebie jest bardzo duża. Tu z księżmi, z którymi byłem, mogłem rozmawiać jak z normalnymi ludźmi nie tylko o Bogu, ale także o życiu. Oni byli najlepsi. Na kolana rzucił mnie także ojciec święty Franciszek. Nie mam wątpliwości, że jest to papież, który otwiera drzwi Kościoła dla wielu ludzi. Jego gesty, otwartość i słowa pociągają. ŚDM to dla mnie czas wielkiego dziękczynienia za papieża, Kościół, miłość. Od tamtego wyjazdu wszystko jest łatwiejsze, a ja jestem naprawdę szczęśliwy. Teraz chodzę z otwartymi oczami, sercem i głową.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół