• facebook
  • rss
  • Jestem zakochany w tym mieście

    Agnieszka Napiórkowska

    dodane 05.09.2013 00:00

    Na progu Skierniewickiego Święta Kwiatów, Owoców i Warzyw o rozmowę poprosiliśmy prezydenta Skierniewic Leszka Trębskiego.

    O tym, co zyskują Skierniewice dzięki Świętu Kwiatów, Owoców i Warzyw, doniosłej roli instytutów, wizytówce, jaką ma być miejski park, a także o ulubionych warzywach, które królują na talerzu prezydenta miasta, i tęsknocie za owocami z dzieciństwa z Leszkiem Trębskim, prezydentem Skierniewic, rozmawia Agnieszka Napiórkowska.

    Agnieszka Napiórkowska: Święto Kwiatów, Owoców i Warzyw to jedna z największych imprez w mieście, ściągająca do Skierniewic tłumy ludzi. Co miasto zyskuje na tym święcie?

    Leszek Trębski: - Od razu na początku chciałbym przypomnieć, że Skierniewickie Święto, Kwiatów Owoców i Warzyw uzyskało tytuł "Turystyczny Produkt Województwa Łódzkiego" w 2011 roku. A co konkretnie miasto zyskuje? Przede wszystkim to, że około 150-200 tysięcy gości odwiedza nasze miasto w ciągu dwóch dni. Jest to więc doskonała promocja. Możemy się wówczas pochwalić osiągnięciami Instytutu Ogrodnictwa. Dużą frekwencją i zainteresowaniem cieszą się wystawy w instytucie i w sali OSiR. To jest święto ogrodnictwa, które uatrakcyjniają występy artystyczne. Goście przyjeżdżają, aby zapoznać się z nowinkami, sposobami ochrony roślin, przechowywania, ale także z nowymi gatunkami. Oprócz promocji miasto zyskuje także wzrost obrotów w punktach gastronomicznych, handlowych. Chciałbym jeszcze raz podkreślić - najważniejszym zyskiem jest promocja miasta.

    Skierniewice od lat, jak Pan już wspomniał, kojarzą się z Instytutami (wcześniej Sadownictwa i Kwiaciarstwa oraz Warzywnictwa, teraz - Ogrodnictwa). Od kilku lat czyni Pan starania, by były one uzdrowiskiem. Czy w tym planowanym przedsięwzięciu miasto i instytut zamierzają ze sobą jakoś współpracować?

    - Na jednym ze świąt promowaliśmy Skierniewice-Zdrój. Było corso o tym mówiące. Myślę jednak, że taki bezpośredni związek będzie możliwy dopiero w momencie, gdy zostaniemy uzdrowiskiem. Wówczas obszarów współpracy nie zabraknie.

    Dlaczego powstanie w Skierniewicach uzdrowiska jest tak ważne?

    - Dzisiaj, w mojej ocenie, stoimy przed historyczną szansą. Od nas będzie zależeć, czy tę szansę wykorzystamy. Ja w historii Skierniewic widzę kilka dynamicznych etapów rozwoju. Żeby już nie sięgać zbyt daleko wstecz, do XVI czy XVII w., wystarczy  wymienić połowę XIX wieku, kiedy powstawała Kolej Warszawsko-Wiedeńska, która nas nie ominęła. Za tym poszedł ogromny rozwój miasta, które potem przez długi czas było kojarzone jako miasto wojskowych i kolejarzy. Jak to dziś wygląda, sami widzimy - kolejarzy jest coraz mniej, a wojskowych nie ma prawie wcale. Drugim etapem rozwoju było powstanie Instytutu Sadownictwa i Kwiaciarstwa, a potem Warzywnictwa. I tutaj nieoceniony był  wkład profesorów Szczepana Pieniążka i Emila Chroboczka. Wraz z rozwojem obu tych placówek pojawiło się bardzo wiele wykształconych, ambitnych osób, które to miasto posunęły mocno do przodu. To środowisko nadal bardzo mocno oddziałuje na Skierniewice i kształtuje ich charakter. Podobnie rzecz się miała w połowie lat 70. ubiegłego wieku, kiedy to Skierniewice zostały podniesione do rangi miasta wojewódzkiego. I z miasta 26-tysięcznego stały się niemal 50-tysięcznym. Dziś stajemy przed kolejnym rozwojem. Ja się cieszę, że w Skierniewicach jest spora dywersyfikacja, że nie jesteśmy nastawieni na jeden kierunek czy gałąź przemysłu. Jak pokazuje historia innych samorządów, jest to nie tylko gospodarczo mało poprawne, ale także niebezpieczne. Dlatego cieszę się, że skierniewiczanie mogą pracować na dość wymagających warszawskim i łódzkim rynkach pracy. Ale także, że Skierniewice to też rozwój zakładów przemysłowych. Mam nadzieję, że już niebawem powstanie u nas także wiele zakładów w Łódzkiej Specjalnej Strefie Ekonomicznej. Stawiamy też na szkolnictwo. Czwartym elementem i kierunkiem rozwoju jest wszystko to, co jest związane z uzdrowiskiem. To wszystko się wzajemnie przenika i tworzy kolorową paletę możliwości.

    Nasze miasto jest "Stolicą Nauk Ogrodniczych". Co o tym ma świadczyć i jakie działania są podejmowane, byśmy na to miano rzeczywiście zasługiwali?

    - Urząd prezydenta miasta podjąłem pod koniec 2006 r. Zrobiliśmy wówczas hierarchię potrzeb. Okazało się, że największe są związane z oświatą. Szkoły były w nienajlepszej kondycji, gdy idzie o infrastrukturę. Ponieważ jestem głęboko przekonany, że wiek XXI będzie wiekiem nauki, technologii i innowacyjności, postanowiliśmy zainwestować w szkoły. To zresztą bezpośrednio przekłada się na dochody miasta. Teraz, po okresie inwestycji w oświatę, przyszedł czas na przedsięwzięcia związane z wyglądem miasta. Rozpoczęliśmy duże zadanie, polegające na odtworzeniu traktu dworcowego. Dworzec, perełka naszego miasta, przez długi czas nie licował z placem przydworcowym. Myślę, że dziś ci, którzy tu przyjeżdżają, są mile zaskoczeni, nie widząc już tych bud z lat 70. ub. wieku. Kolejnymi elementami są ulica Sienkiewicza, Park Miejski, potem ulica Senatorska, Prymasowska, aż dojdziemy do zrewitalizowanych koszar wojskowych, dzisiejszej siedziby Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej. Mówiąc o parku, warto podkreślić, że ma on ponad 20 ha powierzchni i bardzo ładne założenia barokowe. Myślę, że ogród prymasów Polski doczeka się wreszcie swojego pierwotnego wyglądu i że stanie się miejscem spotkań skierniewiczan. A że jego odnowienie trochę kosztuje? Tak to już jest. Mimo kosztów, nie mam wątpliwości, że musi on być na miarę naszych możliwości i oczekiwań. Gdybyśmy nie zdobyli pieniędzy zewnętrznych, robilibyśmy go etapami. A ponieważ udało się je pozyskać w wysokości  85 proc., robimy wszystko od razu. Inną akcją, znacznie mniejszą, ale równie ważną i podkreślającą to, że chcemy być miastem-ogrodem, jest „Drzewko życia”. U jej podstaw są dwa elementy. Pierwszym jest to, aby nasze miasto było miastem zielonym, miastem kwiatów, ale także miastem młodych, dynamicznych ludzi. Dlatego dbamy o to, aby obok Karty Rodzina 3 Plus, odbywała się tu właśnie akcja „Drzewko życia”. Polega ona na tym, że obdarowujemy dębem wszystkie dzieci urodzone w roku poprzednim. Dąb, jak wiadomo, w polskiej tradycji jest symbolem witalności, długowieczności, siły i dynamizmu. Chcielibyśmy, by dzieci te cechy odziedziczyły po - jak ja to nazywam - swoich braciach bliźniakach. Myślę, że w wieku 18 lat, gdy młody mieszkaniec spojrzy na drzewo, które razem z nim wzrastało, będzie mu miło. Warto na tę akcję spojrzeć jeszcze od innej strony. Każdego roku rozdajemy około 400-500 drzew. Po kilkunastu latach można przypuszczać, że będzie u nas naprawdę zielono.

    Wiem, że jest Pan bardzo aktywnym człowiekiem. Nietrudno spotkać  Pana na rowerze. Chciałam zapytać, czy prezydent miasta-ogrodu ma i uprawia swoją działkę, swój kawałek ziemi?

    - Nie jest to nawet najmniejszy kawałek. Od 2010 r., po kilku latach budowy, udało się nam zamieszkać z żoną i dziećmi w nowym domu. Mamy tam działkę niespełna 2000 mkw. Jest to głównie królestwo mojej żony, która - choć jej o to nie podejrzewałem - wykazuje się pasją ogrodniczą. To mnie cieszy. Ja głównie zajmuję się utrzymaniem trawnika, czyli napowietrzaniem, koszeniem. Na mojej głowie są też prace, które wymagają siły fizycznej. Własna działka, choć wymaga dużo pracy, daje też dużo przyjemności. My u siebie mamy trochę krzewów, drzew owocowych. Są maliny, borówki amerykańskie, morele. Jest parę krzaków pomidorów koktajlowych. Jest też zielnik z kilkoma odmianami mięty i innymi ziołami.

    Jakie owoce i warzywa najbardziej Pan lubi?

    - Lubię ogórki i pomidory. Uwielbiam też cebulę, ale nie bardzo mogę ją jeść. Chętnie sięgam też po kalafiory i brokuły. Zjadam stosunkowo dużo warzyw. Lubię je.

    Ale Skierniewice to przede wszystkim jabłka. Dyrektor instytutu, zapytany o to, jaką odmianą jabłek Ewa mogłaby go skusić, podał aż trzy. Czy Pan też ma jakieś ulubione?

    -  Nie wspominałem o tym, ale ci, którzy mnie znają, wiedzą, że ja potrafię tonami zjadać jabłka. To jest mój ulubiony owoc. Tęsknię za takim smakiem dzieciństwa. Np. za smakiem koszteli, szarej renety, złotej renety, antonówki. Dziś, gdybyśmy mieli oczy zamknięte, laikowi trudno byłoby rozpoznać jabłka. Kiedyś można to było zrobić po smaku i zapachu. Wiem, że w naszym instytucie jest bank genów, w którym wszystkie te odmiany nie przepadły. Podobno część sadowników rozważa powrót do tamtych odmian. Widać, że taka tęsknota jest nie tylko we mnie. Myślę, że wiele osób zapłaciłoby nawet sporo więcej za odmiany z nutą wspomnienia...

    Kiedy opowiada Pan o Skierniewicach, w pana głosie słychać zachwyt.

    - Tak, bo jestem zakochany w tym mieście. Skierniewice, w przeciwieństwie do innych miast, które szybko się rozwijały, nie zatraciły swojej tożsamości. Tu ludzie są z miastem związani. Mimo, że szybko się rozwijaliśmy, trzymaliśmy się korzeni. Wzrost zaś mieszkańców był związany z napływem ludzi z okolicznych wsi. U nas nie mieszka wielu ludzi pochodzących z Poznańskiego, z Małopolski czy z innych odległych rejonów. Ta tożsamość jest dość widoczna. I to jest ogromna wartość.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł
    Komentowanie dostępne jest tylko dla .
    przewiń w dół