• facebook
  • rss
  • Wszystko było po coś

    Agnieszka Napiórkowska

    |

    Gość Łowicki 46/2013

    dodane 14.11.2013 00:00

    O niespełnionych marzeniach, duchowym odpoczynku w drodze i spotkaniach z ks. Franciszkiem Blachnickim z Markiem Pastusiakiem rozmawia Agnieszka Napiórkowska.

    Agnieszka Napiórkowska: Niemalże na mecie Roku Wiary chciałabym zapytać, jak w Twojej pamięci zapisał się ten czas?

    Marek Pastusiak: Muszę przyznać, że był to dla mnie bardzo trudny rok, przede wszystkim zawodowo. Nie ukrywam, że te trudności, tak jak ewangeliczne ciernie z przypowieści o siewcy, trochę mi przysłaniały świadomość, że jest to Rok Wiary. Ale Bóg przypominał mi o swojej bliskości i dzięki temu, że udawało mi się to zauważać, zachowywałem pokój.

    Nie było w tym czasie żadnych duchowych cukierków, które osładzałyby choć trochę te zmagania?

    Były! Między innymi podczas tegorocznej łowickiej pielgrzymki młodzieżowej wydarzyło się coś, co mnie bardzo poruszyło i wzmocniło. Jeden z braci z grupy pomarańczowej, znanej z radosnego świadectwa wiary, kiedy usuwałem jakiś problem techniczny, powiedział do mnie: „Błogosławię brata”. Co ważne – nie był to kapłan, ale osoba świecka. To błogosławieństwo zrobiło na mnie niesamowite wrażenie i dodało siły. Zresztą cała pielgrzymka, w której posługuję jako techniczny, sprawiła, że – mimo fizycznego zmęczenia – wróciłem odprężony duchowo.

    Zawsze, kiedy spotykam Cię na pielgrzymce, robi na mnie wrażenie to, że facet, który w Skierniewicach jest prezesem jednej z największych miejskich spółek, potrafi zejść z fotela, założyć pielgrzymkową koszulkę i stać się bratem zajmującym się kabelkami i nagłośnieniem.

    Dla mnie to nie jest żaden problem. Przyznam ci się, że funkcjonowanie „pod krawatem” mnie męczy. Na pielgrzymce psychicznie odpoczywam od podejmowania decyzji, od bycia na świeczniku, a naprawiając nagłośnienie czy jakieś inne urządzenia, wiedząc, że się komuś w ten sposób pomaga, czuje się satysfakcję. A poza tym, od kiedy pierwszy raz wszedłem na pielgrzymi szlak, a miało to miejsce w czasie studiów w 1982 r., od razu poczułem, że są to moje klimaty i moja duchowość. Przez 6 lat na Jasną Górę pielgrzymowałem z pielgrzymką lubelską. Teraz każdego roku na Przeprośnej Górce spotykamy się z pątnikami z Lublina. Zawsze do nich idę. Mam tam przyjaciół i znajomych. Za każdym razem choć parę zdań zamieniam z ks. Janem Domańskim, z którym zaczynałem pielgrzymowanie, a który jest tam teraz jednym z ojców duchowych. To zawsze są niesamowite spotkania.

    W Twoim życiu było wiele spotkań i wydarzeń, które miały na Ciebie duży wpływ i które pomogły Ci duchowo wzrastać.

    Jak większość Polaków, wzrastałem w rodzinie chrześcijańskiej. Moi rodzice są prostymi i pobożnymi ludźmi. Mama uczyła mnie pacierza, a tata dbał o to, byśmy nie tracili Boga z oczu. Ich osobiste świadectwo było dla mnie bardzo ważne. I jest to łaska wiary, którą za ich pośrednictwem dostałem. Potem Bóg mówił do mnie przez ludzi i różne wydarzenia, niekoniecznie te łatwe. Kiedy byłem młodym chłopakiem, przeżyłem wielki osobisty zawód. Mimo że byłem fanem lotnictwa, nie zostałem przyjęty do Liceum Lotniczego w Dęblinie, bo wykryli u mnie małą wadę wzroku. Nie masz pojęcia, jaki to był dla mnie szok! Potem dowiedziałem się, że w Świdniku jest liceum, które kształci w kierunkach związanych z lotnictwem. Po latach uświadomiłem sobie, jak w niesamowity sposób Pan Bóg mnie prowadził i nade mną czuwał. Gdybym się dostał wtedy, w 1975 r., do wymarzonego liceum, byłbym pewnie innym człowiekiem, pewnie zmienionym przez indoktrynację panującą w ówczesnym wojsku. A tak, chodząc do innej szkoły, wyjechałem na pierwszą oazę, której w życiu bardzo wiele zawdzięczam. Do dziś pamiętam pierwsze rekolekcje w 1977 r. Przeżyłem je bardzo mocno. Jak to się mówi, duchowo unosiliśmy się kilka metrów nad ziemią. Niestety później, z powodu braku formacji, przyszło rozczarowanie i dołek. A potem studiowałem w Lublinie. Tam też spotkałem wielu niesamowitych ludzi, choćby ks. Wacława Oszajcę. Angażując się w różne struktury Ruchu Światło–Życie, miałem szczęście poznać ks. Franciszka Blachnickiego, ks. Wojciecha Anielskiego czy ks. Czesława Grzyba. Dziś wiem, że wszystkie spotkania, wydarzenia, a także trudności i zwątpienia były mi dane po to, żebym się nauczył paru rzeczy, a przede wszystkim tego, że mam stale dbać o ewangeliczne talenty, które dostałem. l tylko czasem zastanawiam się, czy ja ich przypadkiem nie zakopałem (śmiech).

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół