• facebook
  • rss
  • Czas na pamiętniki

    Agnieszka Napiórkowska

    |

    Gość Łowicki 47/2013

    dodane 21.11.2013 00:00

    Wywiad. O przyjaciołach i dobrodziejach, proroctwie związanym z kapłaństwem, kazaniach pisanych w słupku i pieśniach, które powstają podczas białych nocy, z bp. Józefem Zawitkowskim

    Agnieszka Napiórkowska: Przejście na emeryturę to chyba szczególny, ale i niełatwy czas. Składając rezygnację, nie przestaje się być biskupem, kapłanem i ojcem. Nie jest się też zwolnionym z głoszenia i dawania świadectwa. Jak Ksiądz Biskup patrzy na ten kolejny etap w swoim życiu i jakie wobec niego ma plany?

    Bp Józef Zawitkowski: Na pewno towarzyszy temu jakiś niepokój, bo spostrzegam, że coś się kończy. Nie wiem, co będzie dalej. Choćby takie proste ludzkie rzeczy: gdzie zamieszkam, kto się będzie mną opiekował, kto w czasie, gdy nie będę mógł już chodzić, będzie moją podporą. I – idąc jeszcze dalej – kto mnie weźmie za rękę i będzie przy mnie, kiedy będę stawiał najtrudniejsze pytania: „Czy Bóg mi wszystko przebaczył?”. Potem skończy się wiara, skończy się pytanie, skończy się nadzieja, a zacznie się miłość – będę szedł do nieba. Taką mam nadzieję. Co ja będę robił dalej? Wiem, że wielu rzeczy nie zrobiłem w swoim życiu. Ale przychodzi czas na pamiętniki, na wspomnienia.

    Oglądając kadry z przeszłości i wspominając to, co minęło, chyba można powiedzieć, że wiele jest takich chwil, w których Ksiądz Biskup doświadczał ludzkiej życzliwości, pomocy, wsparcia?

    Przy słowie „życzliwość” miałbym bardzo dużo wspomnień, które niczym filmowe klatki przesuwają mi się przez myśl. Nie mogę powiedzieć, że spotkałem w życiu ludzi, których nienawidzę, czy którzy zrobili mi krzywdę. Chcąc odpowiedzieć konkretnie na to pytanie, chciałbym przywołać kilka osób z domu, szkoły, kapłaństwa, którym mam za co dziękować. Zacznę od rodziców. Tata był dla mnie bardzo mocnym człowiekiem. Bardzo zdecydowanym, który miał wiele rzeczy przemyślanych, ułożonych. Mama była kobietą bardzo serdeczną i wylewną. Właściwie oddałaby wszystko, tak jak nam oddała siebie. Krótko z nami była, ale była nam wszystkim pięciorgu mamą. A potem miałem cudownych nauczycieli. O siostrze Miriam, nazaretance, mógłbym ci opowiadać tyle, że powstałoby z tego wiele tomów. Od mojego przedszkolnego spotkania z grupą dzieci aż do jej proroctwa, kiedy mi powiedziała: „Józek, ty bądź grzeczny, ty bądź dobrym księdzem, bo ty będziesz biskupem”. Popatrz, i to się spełniło. Wiele zawdzięczam też mojej wiecznie wspominanej pani Pietrzakowej. To był cudowny człowiek, który w tamtych niedobrych czasach był nam naprawdę mamą i panią. Potem idolem był pan Lisiewicz, uosobienie mądrości. O nim wszyscy mówili „belfer”, czyli ktoś, kto wszystko wie. Mając ogromną wiedzę, był także głęboko wierzącym człowiekiem. Często przed świętami naciągaliśmy go, żeby nam coś z tych duchowych przeżyć powiedział. To były najpiękniejsze w życiu rekolekcje. A jeśli jeszcze mam tych życzliwych wspominać, to muszę powiedzieć o pani Trawińskiej, która uczyła nas języka polskiego. Jeśli znam z literatury dużo rzeczy, to znam je od niej. Ona dożyła 100 lat, ale już jako karmelitanka, bo po naszych „nauczeniach” wstąpiła do Karmelu. Byłem na jej pogrzebie, by powiedzieć jej „dziękuję”. Jej dopełnieniem był ks. Jan Twardowski. Wiesz, on często śni mi się po nocach. Bardzo często mówię jego wierszami i nie rozstaję się z jego książkami. Może dlatego przychodzi. Ale tak jest bardzo dobrze. I wiesz, gdybym miał trochę odwagi i siły, to bym go nocą z tego betonowego kościoła zabrał i przeniósł na Powązki, bo wiem, jak bardzo pragnął być blisko rodziców. Długo mógłbym ci jeszcze na to pytanie odpowiadać. O życzliwych Księżakach byłby osobny tom. Tu spotkałem ludzi dobrych, szlachetnych, dlatego ich pokochałem i stałem się z wyboru Księżakiem.

    Na biurku Księdza Biskupa widzę zdjęcie śp. ks. Mieczysława Iwanickiego. Wiem, że był on Księdza przyjacielem. Na takie miano trzeba sobie zasłużyć. Wiele osób mógłby Ksiądz Biskup tak nazwać?

    Pytasz mnie o przyjaciół. Przyjaciele są różnej rasy i kategorii. Od dzieciństwa moim przyjacielem był ks. Miecio Iwanicki. Łączyła nas szkoła średnia w Gostyniu, potem na Kawęczyńskiej i seminarium. A potem była potrzeba, aby się spotkać z Mietkiem, bo trzeba się wyspowiadać. A wcześniej pojechać z nim rowerem do Częstochowy. Są też tacy przyjaciele, których poznaje się w biedzie. Takim był mi Mateusz. Były trudne czasy pierwszych lat kapłaństwa, takiej biedy księżowskiej na Grochowie, a Mateusz, franciszkanin, był wtedy taką podporą, takim „trzymaj się”, „bądź mocny”. To on mnie namówił na studia z muzykologii. I to mi pomogło. A poza nimi było wielu. Janek, który spowiadał mnie przed przyjęciem święceń biskupich. Stał mi się przyjacielem, dlatego że nie powiedział mi żadnej nauki. Tylko mnie upewnił, że Pan Jezus mi wszystko przebacza. Jeszcze muszę wspomnieć Antka, do którego szedłem z wszystkimi pytaniami. To był mądry przyjaciel. I bardzo wierny. Witek pomógł mi w wielu trudnych sprawach i na pewno uratował mi życie przez dobrych lekarzy. By wymienić wszystkich, ułożyłbym jeszcze litanię dłuższą niż do wszystkich świętych.

    Jest Ksiądz Biskup osobą, którą wiele osób rozpoznaje nie tylko z imienia i nazwiska, ale także z pseudonimu. Ks. Tymoteusz to poeta i kaznodzieja, który swoje kazania mówi wierszem. Jak to się stało, że przyjął Ksiądz Biskup taką formę głoszenia słowa Bożego?

    Było to potrzebą. Kiedy nie mogłem już katechizować, bo byłem urzędnikiem w kurii, zrodziła się potrzeba pisania. Pierwsze urodziły się listy do dzieci. A potem przyszła łaska, bo kard. Stefan Wyszyński wybrał mnie do redakcji Mszy św. radiowych. No i wtedy cenzura nauczyła mnie pisać kazania, bo trzeba było na tydzień przed oddać je do akceptacji. Ona nauczyła mnie dyscypliny nie tylko czasowej, ale i myślenia, i pisania. Potem przyszły takie czasy w moim biskupstwie, gdy byłem nieużyteczny. I wtedy tak mi dobrze robiło pisanie... Z pomocą i życzliwością przyszły czasopisma katolickie. Chciałbym jednak podkreślić, że ja nie piszę wierszem. Piszę w słupku. A to dlatego, że taki jest mój sposób myślenia, którego nauczył mnie ks. Twardowski. Pomogła mi w tym też muzykologia. Każdy utwór muzyczny ma swój wstęp, swoje rozwinięcie tematyczne i zakończenie. Tak też powinna wyglądać homilia. Mówienie kazań jest bardzo trudnym zadaniem. One zobowiązują wobec Boga i wobec słuchających. Wobec Boga, by Mu nie ubliżyć, i wobec słuchających, by im przymnożyć wiary.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół