• facebook
  • rss
  • Król, Śmierć i Maryja z wąsami

    dodane 02.01.2014 00:00

    – Kolędowanie to niesamowity zwyczaj, który pozwala nieść Dobrą Nowinę, cieszyć się narodzeniem Pańskim z wieloma ludźmi, a przy okazji świetnie się bawić – mówi Magda Biernacka.

    Szukając miejscowości w diecezji łowickiej, w których zachował się zwyczaj kolędowania, zainteresowani natrafią na pewną trudność. Starsi ludzie odpowiadają, że prawdziwej kolędy nie ma już od lat 80. ub. wieku, młodzi kręcą głowami i ze zdziwieniem w oczach pytają: „Tak od domu do domu? Z kolędą?”. Trzeba przyznać – tradycja zanika. Wytrwali tropiciele (niemal ze świecą) znajdą co najmniej dwa miejsca, w których grupy przebierańców ze śpiewem na ustach i gwiazdą w ręku niosą Dobrą Nowinę wielu mieszkańcom. Tym starszym przypominają, jak to kiedyś było, młodszym zaś pokazują, jak może być.

    Stara-nowa tradycja

    Na pytanie: „Czy to prawda, że kolędujecie?” Marta Baran z entuzjazmem odpowiada: „No jasne! Już drugi rok z rzędu!”. Skierniewickie harcerki ze zgrupowania Skautów Europy w zeszłym roku przetarły szlaki w parafii św. Jakuba w Skierniewicach i tym razem ruszyły dalej. Pomysł wypłynął od Magdy Biernackiej, która w drużynie nazywana jest „maszynką do robienia pomysłów”. – Tam, skąd pochodzę, kolędowanie jest żywą tradycją – opowiada drużynowa. – W Łęcznej na Lubelszczyźnie 6 stycznia zbiera się kilkadziesiąt dzieci i młodzieży, żeby w 6- lub 8-osobowych grupach chodzić po domach i nieść z radością Dobrą Nowinę. Jeśli jakieś dzieci z bloków chcą się dołączyć, zabieramy je ze sobą. Śpiewanie kolęd i krótkie scenki sprawiają, że święta Bożego Narodzenia trwają dłużej i można się nimi cieszyć z każdym człowiekiem otwierającym przed nami drzwi. A przede wszystkim jest to świetna zabawa! – przekonuje Magda. Gdy przeniosła się do Skierniewic, doszła do wniosku, że brakuje jej tej miłej tradycji i postanowiła zarazić swoim pomysłem harcerki. Czy się udało? – Było rewelacyjnie! – mówi Marta. – Z początku byłam bardzo sceptyczna, bo to dla mnie obcy zwyczaj. Ale okazało się, że niemal w każdym domu przyjmowano nas bardzo ciepło. Ludzie z nami śpiewali, cieszyli się. Niektórym zakręciły się w oczach łzy, starsi opowiadali o swoim kolędowaniu z lat młodości. Zmarzłyśmy, że hej, ale było warto! Takiego samego zdania jest ponad 20 młodych harcerek, które w tym roku, w przebraniu i z rekwizytami, przekroczyły teren parafii, chcąc odwiedzić osiedla wszystkich kolędników. – Kto wie, może jak pokażemy się w parafii, na osiedlach, w blokach, to po jakimś czasie chodzenie z kolędą przestanie być domeną tylko harcerek, a przerodzi się w skierniewicką tradycję? Warto spróbować – mówi ze śmiechem i nadzieją Magda.

    Kolędują od lat

    Problemu „czy wypada, czy nie i jak nas przyjmą?” nie mają młodzi ludzie z Płyćwi. Tam od niepamiętnych czasów w uroczystość Trzech Króli kilka grup kolędników odwiedza wszystkie domy we wsi. Paweł i Tomek Kowarowie od wielu lat przebierają się za Króla i Śmierć i razem z grupą przyjaciół świetnie się bawią, zapraszając do świątecznego śpiewu mieszkańców wsi. – W dzieciństwie chodziliśmy dla słodyczy – śmieje się Tomek. – Dziś po to, by było wesoło. W naszym kolędowaniu nie brakuje elementu komediowego, bo zdarza się, że za Maryję przebiera się chłopak i wtedy część mieszkańców ma dobry ubaw – dodaje ze śmiechem. A mieszkający w Płyćwi czekają na grupy przebierańców przez cały dzień. – Rano przychodzą małe dzieci, potem trochę starsze, a na końcu młodzież – opowiada Anna Zarębska. – Ponieważ przeprowadziłam się tu z miasta, w pierwszym roku nie wiedziałam, co się dzieje. Usłyszałam na ulicy jakieś zamieszanie i krzyki. Pomyślałam, że komuś dzieje się krzywda. Wyglądam przerażona, a tu Józef, Maryja, Król i inni śpiewają kolędy i robią zamieszanie we wsi. Dziś bardzo lubię tę tradycję i przez cały dzień jesteśmy przygotowani na przyjęcie wesołych kolędników. Moje kilkuletnie dzieci z jednej strony boją się ich, bo w domu robi się głośno i gwarno, ale też są bardzo zainteresowane – śmieje się pani Anna. I choć najstarsza grupa powoli się rozsypuje, bo ktoś wyjechał do pracy, kto inny na studia, Tomek wspomina, że jeszcze kilka lat temu nie wyobrażał sobie 6 stycznia bez kolędowania. Wspólne śpiewanie, serdeczne życzenia, dobra zabawa i radość na twarzach mieszkańców całkowicie przysłaniają tę jedyna niedogodność, jaką są zmarznięte stopy, dłonie i uszy. Wydaje się też, że tradycja nie tylko nie zanika, ale wręcz kwitnie dzięki kolędowaniu kilkuletnich dzieci, które z radością przejmują ster w swoje ręce.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół