• facebook
  • rss
  • Dzieci Pawiaka

    Monika Augustyniak

    |

    Gość Łowicki 04/2014

    dodane 23.01.2014 00:00

    – Myślę, że Bóg zachował mnie przy życiu po to, bym wskrzeszała pamięć o naszych bohaterach zamordowanych przez Niemców i opowiadała o nich młodzieży – mówi Anna Czubatka.

    Z roku na rok maleje liczba pamiętających okrutne czasy wojny. Powoli odchodzą również rodziny osób, które przeżyły niewolę i terror. I choć miesiące zimowe niewielu kojarzą się z II wojną światową, dla Anny i Jana Czubatków 20 grudnia to szczególna data, w której wspominają rozstrzelanych pod murem skierniewickiego getta 40 więźniów z Pawiaka. Byli to żołnierze Armii Krajowej z Łowickiego Okręgu „Łyska”. W tym roku, w 70. rocznicę tych tragicznych wydarzeń, państwo Czubatkowie zorganizowali uroczyste obchody, dzięki którym 15 stycznia br. do Skierniewic zjechało kilkudziesięciu potomków bohaterów wojennych. Niektórzy z nich dopiero dzięki uroczystości dowiedzieli się, jak i gdzie zginęli ich przodkowie.

    Bohaterowie zza płotu

    Spotkanie rozpoczęło się uroczystą Mszą św. w kościele św. Stanisława BM, podczas której wyczytanych zostało 40 nazwisk pomordowanych w 1943 r. Znicze przeniesiono pod tablicę upamiętniającą ofiary zbrodni, gdzie przy akompaniamencie utworu „Cisza”, w otoczeniu wielu pocztów sztandarowych, przedstawicieli władz miasta i organizacji związanych ze wskrzeszaniem pamięci o ofiarach Pawiaka, oddano cześć poległym. Następnie zebrani przeszli na róg ulic Rawskiej i Mszczonowskiej, gdzie rozstrzelano Polaków. Ostatnim punktem programu była inscenizacja wydarzeń z 1943 roku, przygotowana przez uczniów ZSZ nr 1 w Skierniewicach. – Z tej części cieszę się najbardziej – opowiada A. Czubatka. – Najważniejsze jest przecież to, by o minionych wydarzeniach opowiadać młodzieży, w której rękach leży dbałość o pamięć narodową. Sama nie pamięta więzienia Pawiak, choć urodziła się za jego kratami. Mieczysław i Franciszek Tartanusowie, ojciec i stryj pani Anny, należeli do Łowickiego Okręgu AK „Łyska”, odpowiedzialnego za odbiór zrzutów na tym terenie. W nocy z 12 na 13 grudnia 1943 r. doszło do masowych aresztowań. – To była zdrada – wspomina emerytowana nauczycielka. – Ojciec nie sypiał już w domu, w Sierakowicach, lecz w skrytce, więc Niemcy zabrali moją mamę, tak jak stała, w sukience. Była wtedy ze mną w ciąży – wspomina. 19 grudnia zakatowano na Pawiaku podpor. Henryka Kocębę, oficera do spraw zrzutów lotniczych z Anglii w powiecie łowickim, zaś dzień później publicznie rozstrzelano 40 aresztowanych. – 7 stycznia aresztowano moją babcię i jej trzy córki, a 6 maja ktoś wsypał tatę i też trafił na Pawiak. Rodzice nigdy się tam nie spotkali, choć ojciec wiele razy próbował odnaleźć mamę. Ja urodziłam się 20 kwietnia i pierwsze trzy miesiące życia spędziłam na Pawiaku. 31 lipca zwolniono z więzienia matki z dziećmi, w tym nas. To musiała być Boża Opatrzność. Myślę, że Bóg po to mnie zachował, bym dziś opowiadała potomnym o naszych bohaterach i ich męczeńskiej śmierci – mówi pani Anna. Mieczysław Tartanus 1 lipca został przewieziony do obozu koncentracyjnego Gross-Rosen, gdzie zginął, zaś Marianna Tartanus dożyła 84 lat i do końca życia czekała na powrót męża.

    Dzieje tablicy

    Pani Anna od wielu lat jest prezesem Polskiego Związku Byłych Więźniów Politycznych Hitlerowskich Więzień i Obozów Koncentracyjnych Koło Skierniewice, gdzie wraz z mężem Janem i innymi dba o pamięć poległych. Okazuje się jednak, że nie jest to takie proste. – Niemcy na swoim obwieszczeniu w 1943 r. wymienili 40 nazwisk rozstrzelanych, które po wojnie znalazły się na pamiątkowym, drewnianym krzyżu. Ustawiono go w miejscu zbrodni – tłumaczy pani Anna. – W 1966 roku zbudowano nowy pomnik, ale na nim wypisano już tylko 20 poległych. Powiedziano nam, że tylko 20 więźniów rozstrzelano pod murem skierniewickiego getta, reszta zaś zginęła w nieznanym miejscu. Oni nie mają już ani grobu, ani nawet tablicy. Ale nie to jest jeszcze najgorsze. Po 30 latach ziemia, na której stał pomnik, przeszła w prywatne ręce. Obiecano nam, że tablica będzie wmurowana we frontową ścianę planowanego budynku. Budynek nie powstał, a tablicę z dnia na dzień, bez naszej wiedzy, przeniesiono na plac przy kościele św. Stanisława, gdzie jest zupełnie niewidoczna. To dla nas trudne, bo pamiętających historię tych zamordowanych z roku na rok jest coraz mniej. Być może w tym roku związek, ze względu na nasz wiek, umrze śmiercią naturalną. I kto będzie wtedy pamiętał o bohaterach, jeśli nawet parafianie kościoła św. Stanisława nie zauważają stojącego tam pomnika? – zastanawia się pani Anna. Jarosław Włostek, krewny rozstrzelanego w Skierniewicach Mateusza Depta, który dopiero pół roku temu odkrył bohaterską historię swojego wujka, jest równie zaniepokojony dziejami tablicy. – Dla mnie to zbrodnia! Ci ludzie oddali życie, byśmy my mogli dziś wyjść na ulicę i mówić po polsku, byśmy byli wolni. Nie wiem, jak można bohaterom narodowym odmówić choćby pomnika stojącego w widocznym miejscu. Jeśli nie będziemy dbać o pamięć narodową, w pewnym momencie nie będziemy znali naszych korzeni i nie odpowiemy sobie na pytanie, skąd jesteśmy.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół