• facebook
  • rss
  • 6200 km modlitwy

    Agnieszka Napiórkowska

    |

    Gość Łowicki 07/2014

    dodane 13.02.2014 00:00

    Pieszo do Kibeho. – Kiedy pierwszy raz spotkałam się z Piotrem Chomickim, który udawał się pieszo do Kibeho, nie wierzyłam, że mu się uda. Dziś marzę o tym, by tak jak on umieć zaufać Bogu – mówi Justyna Karpiak z Żychlina.

    W piątek 12 października 2012 roku z sanktuarium Matki Bożej w Gietrzwałdzie z pieszą pielgrzymką do sanktuarium Matki Bożej w Kibeho wyruszył Piotr Chomicki, przedsiębiorca z Warszawy. Podczas 11 miesięcy wędrówki, w czasie której przemierzył 14 krajów, pokonując ponad 6200 km, dotarł na Czarny Ląd. Zanim jednak spojrzał w brązowe oczy Maryi, o urodzie której mógłby opowiadać godzinami, dwie noce spędził u nas. Na trasie jego pielgrzymki znalazły się dwie parafie z diecezji łowickiej – Żychlin i Mąkolice. Do pierwszej z nich powrócił po osiągnięciu celu. Przybył tam, by dać świadectwo i spotkać się z ludźmi, którzy towarzyszyli mu przez całą drogę swoimi modlitwami i dobrym słowem.

    Pieszo, nie lotem

    – Zanim wyruszyłem w drogę, realizowałem się w biznesie – mówi P. Chomicki. – Zarabiając duże pieniądze, czerpałem z życia garściami, realizując swoje pasje i marzenia. O Bogu niewiele myślałem. Mimo że pochodzę z katolickiej rodziny, ze względu na słabe fundamenty, w wieku 15 lat odciąłem się od Boga. Kłopoty finansowe, w jakie popadły po czasie jego firmy, sprawiły, że przypomniał sobie o Matce Bożej, która – jak twierdzi – po modlitwie w Częstochowie pomogła mu wyjść na prostą. – Wówczas pomyślałem, że muszę coś ze sobą zrobić. Z dnia na dzień zacząłem coraz głębiej wchodzić w wiarę, modlitwę i poznawanie Boga. W 2010 r., 2 maja, po raz pierwszy spotkałem się z orędziami Matki Bożej z Medjugorie, po przeczytaniu których przeżyłem nawrócenie. Po kilku miesiącach, będąc w sanktuarium Matki Bożej w Gietrzwałdzie, kupiłem książkę z orędziami Matki Bożej z Kibeho. Ujęło mnie w nich to, że przychodząca tam Maryja była bardzo blisko ludzi. I jak kochająca matka godzinami rozmawiała z widzącymi o zwykłych ludzkich sprawach. Wtedy poczułem bardzo silnie, że Matka Boża Słowa zaprasza mnie do Kibeho. W głowie i sercu zrodziła się myśl, by udać się do niej pieszo – wspomina Piotr, który przed wyruszeniem w drogę musiał nie tylko zawiesić działalność gospodarczą, ale także zmierzyć się z wieloma problemami. Pokonując kolejne trudności, przez cały czas czuł obecność i wsparcie Maryi, która tym samym potwierdzała mu, że pielgrzymowanie do miejsca jej objawień w Afryce jest jej wolą. Na patronki pielgrzymki młody przedsiębiorca wybrał trzy kobiety: Matkę Bożą z Kibeho, św. Filomenę, która z miłości do Jezusa odrzuciła bogactwo i ślub z cesarzem Dioklecjanem, oraz Paulinę Jaricot. Z tą ostatnią łączyła go chęć uwielbiania Matki Boga i odrzucenia życia pełnego dostatku.

    Skandowanie dla Jezusa

    – Przed wyruszeniem w drogę skupiałem się głównie na przygotowaniach duchowych. Te fizyczne zaniedbałem. Nie udało mi się zabrać ze sobą także odpowiedniej ilości pieniędzy. Z 30-proc. budżetem, dzień po rozpoczęciu Roku Wiary, wyruszyłem w drogę. Będąc przez wiele lat menedżerem, musiałem wiele spraw bardzo dobrze planować pod kątem organizacyjnym i finansowym, a w tym przypadku – można by powiedzieć – zachowałem się nieodpowiedzialnie. To jednak pozwoliło mi wejść na drogę całkowitego zaufania. Od pierwszych dni czułem obecność Boga i Maryi. Na terenie Polski jednym z ważnych miejsc był nocleg w parafii żychlińskiej. Tam w osobie ks. Konrada Zawiślaka znalazłem wspaniałego kapłana, oddanego Bogu. Przez 11 miesięcy mieliśmy ze sobą kontakt telefoniczny. Jego „czuwaj”, którym kończył każdego esemesa, dodawało sił i było przypomnieniem o jego modlitwie. Ja również każdego dnia pamiętałem o intencjach, które mi powierzył – mówi Piotr. Wędrując samotnie, większość czasu poświęcał na modlitwę. – Europę przemierzyłem bez większych przeżyć. Po drodze mało z kim rozmawiałem. Nocowałem głównie na plebaniach albo w hotelach. Wszędzie tam, gdzie się zatrzymywałem, doświadczałem pomocy Bożej. Z każdym krokiem czułem coraz większą obecność i bliskość Jezusa i Maryi. W Albanii i Turcji ludzie mnie zaczepiali. Pytali, gdzie idę. W Turcji, wędrując przez tereny muzułmańskie, spotykałem się z ogromną życzliwością. Bardzo często ludzie częstowali mnie herbatą, a także posiłkiem. Ich gościnność była fenomenalna. W Afryce oświadczyłem wielkich przeżyć duchowych. Bóg pokazał mi mój grzech, a także źródła moich i moich bliskich problemów rodzinnych i zawodowych. To był czas wyjątkowego oczyszczenia, które zbliżyło mnie jeszcze bardziej do Boga – wyznaje Piotr, który po dotarciu do granicy z Syrią samolotem przeleciał do Etiopii, skąd wyruszył w dalszą drogę. Wędrówka po Czarnym Lądzie liczyła 2400 km. Podczas drugiego etapu największe wrażenie na pielgrzymie robiły wychodzące mu naprzeciw grupy dzieci, które entuzjastycznie go witały. – Zatrzymując się przy nich, ładowałem duchowe baterie. Zdarzało się, że modliłem się z nimi. Kiedy odchodziłem, niektóre z nich umiały skandować po polsku: „Jezu, ufam Tobie!” – opowiada Piotr.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół