• facebook
  • rss
  • Rodzina lepsza od złota

    Marcin Kowalik

    |

    Gość Łowicki 10/2014

    dodane 06.03.2014 00:00

    Powrót Zbigniewa Bródki. Takiego powitania nie mieli ani Kamil Stoch, ani Justyna Kowalczyk.

    Zaraz po wyjściu z samolotu musiał zmierzyć się z tłumem oczekujących na niego kibiców, dziennikarzy i fotoreporterów. Sukces na igrzyskach w Soczi sprawił, że zainteresowanie nim jest teraz ogromne. Dzielnie to znosi, choć „bródkomania” nie pozwala mu nacieszyć się rodziną, za którą tak bardzo tęsknił przez wiele tygodni treningów z dala od domu.

    Od kultury dla sportu

    Mobilizacja kibiców nastąpiła w poniedziałkowy ranek 24 lutego, w dzień przylotu Zbigniewa Bródki do Polski. Wśród kilkuset kibiców z Łowicza i Domaniewic, którzy wsiedli do autokarów jadących na powitanie mistrza, znaleźli się Jakub Papuga i Krystian Cipiński. Obaj pracują w Łowickim Ośrodku Kultury. W prezencie dla mistrza olimpijskiego w biegu łyżwiarskim na 1500 m wieźli... złotą łyżwę. – To oryginalna łyżwa hokejowa z lat 80. ub. wieku, pomalowana złotym sprayem. Można powiedzieć, że to prezent od kultury dla sportu – żartuje K. Cipiński. Udało się ją wręczyć na lotnisku. Zbigniew Bródka z radością uniósł ją do góry. Tata pana Krystiana chyba się nie obrazi, gdy dowie się, że ta łyżwa została wyniesiona bez jego wiedzy z garażu. Domaniewiczanie po powitaniu mistrza na warszawskim Okęciu szybko wracali do siebie. Przygotowali huczną imprezę, żeby godnie powitać ziomka, który rozsławił ich miejscowość na cały świat. Sprowadzono zespół Weekend – ulubiony zespół jego córki Gabrysi. Wypełnioną po brzegi salę gimnastyczną specjalnie udekorowano i oświetlono. Przyjazd złotego i brązowego medalisty z Soczi opóźniał się. Bródka dotarł dopiero po 20.00. Przywitano go, skandując jego imię i nazwisko. Pojawił się z medalami na kilka minut, po czym zszedł ze sceny. Trudy dnia i emocje związane z powrotem do Polski dały znać o sobie. Podziękowania w jego imieniu przyjmowała mama Halina. Wrócił po kilkudziesięciu minutach. – Kochani, chcę wam bardzo podziękować za to, że jesteście tutaj ze mną. Dziękuję za to, że trzymaliście kciuki podczas moich startów. Przepraszam, że nie mogę się tu z wami bawić – powiedział ze sceny zmęczony mistrz olimpijski. To była też pierwsza okazja po powrocie do Polski, żeby mógł osobiście podziękować swojemu pierwszemu trenerowi Mieczysławowi Szymajdzie. Bródka wręczył mu przywiezioną z Soczi srebrną monetę z wizerunkiem łyżwiarza. Miejscowy Zespół Pieśni i Tańca „Kalina”, który łowickimi śpiewami i tańcami witał Bródkę na lotnisku, zatańczył tym razem dla niego mazura. Na mistrza czekały także krówki z jego podobizną oraz 50-kilogramowy tort. Nie miał już siły go skosztować. Udał się do domu, gdzie czekały na niego żona z córkami. Fetę na cześć mistrza zakończyły pokazy laserowe i sztucznych ogni.

    Krótki odpoczynek

    Zbigniew Bródka miał tylko dzień odpoczynku, bo już w środę 26 lutego w sali barokowej Muzeum w Łowiczu odbyła się połączona sesja Rady Miasta Łowicza, Rady Powiatu Łowickiego i Rady Gminy Domaniewice. Nadano mu tytuł Honorowego Obywatela Miasta Łowicza. Sam skromnie przyznał, że czuje się zaszczycony, że znalazł się w gronie osób, wśród których jest też m.in. Jan Paweł II. Bródce towarzyszyli strażacy z łowickiej jednostki. Byli również najbliżsi: żona Agnieszka i starsza córka Gabrysia, rodzice Halina i Andrzej oraz siostra Joanna. Pani Halina miała schowany w torebce skarb – dwa medale olimpijskie swego syna. – Ważniejsza od nich jest rodzina. Zbyszek, jego żona i dzieci. A medale? Same przychodzą, bo są wypracowane – zaznacza mama mistrza olimpijskiego, która pomaga w wychowaniu dwóch córek Bródki. Woli, żeby o początkach zainteresowania łyżwiarstwem swojego syna opowiedział mąż. To on zabrał go pierwszy raz na lodowisko. – Miał wtedy 9 lat i, jak każdy początkujący, przewracał się. Trener mu podpowiedział, jak ma jeździć, i Zbyszek stopniowo coraz pewniej czuł się na lodzie – opowiada Andrzej Bródka, wierząc, że syn powtórzy swój sukces za cztery lata na igrzyskach w Korei Południowej. Trener M. Szymajda o swoim podopiecznym wypowiada się w samych superlatywach. Sam był jednak zaskoczony, że tak potoczyła się kariera Bródki. – Nigdy nie spodziewałem się, że Zbyszek będzie tym zawodnikiem, dzięki któremu na igrzyskach olimpijskich usłyszymy Mazurka Dąbrowskiego – podkreśla Szymajda. – Gdyby trener Szymajda nie stanął na mojej drodze, gdyby mnie nie wydobył z grona zawodników, których miał pod opieką, nie byłoby złotego medalu olimpijskiego. To on zauważył mój talent. Ciągle mnie wspiera i mobilizuje – mówi Zbigniew Bródka. To wszystko, co go teraz spotyka (gratulacje i nagrody), jest dla niego bardzo miłe. Trudno mu jednak znaleźć czas na odpoczynek. Dodatkowo nie może pozwolić sobie na przerwę w treningach, bo czekają go kolejne starty w Pucharze Świata. – Wiadomo, że media są od tego, żeby rozgłaszać sukces, ale chcielibyśmy już spokoju – dzieli się Andrzej Bródka. Na środową uroczystość przyjechało wielu oficjeli – posłowie, senatorowie, wojewoda łódzki, marszałek województwa łódzkiego i minister sportu. Z ich ust padały słowa uznania, zapewnienia o wsparciu. Także obietnice stworzenia krytego lodowiska. Gdyby tak się stało, Zbigniew Bródka nie musiałby spędzać 240 dni w roku poza domem.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół