• facebook
  • rss
  • Korepetycje na plebanii

    Monika Augustyniak

    |

    Gość Łowicki 11/2014

    dodane 13.03.2014 00:00

    – Kiedy opowiadam znajomym, że idę na herbatę i pogawędkę do księży, nie mogą w to uwierzyć. A w naszej parafii to zupełnie normalne – mówi Piotr Rusinowski.

    Kolejna, druga Niedziela Ewangelizacyjna już za nami. Tym razem modliliśmy się o powołania małżeńskie, zakonne i kapłańskie w parafii Żelazna. Modlitwie wiernych towarzyszyli ks. Andrzej Sałkowski i ks. Mirosław Nowosielski, kleryk WSD w Łowiczu i siostry apostolinki. Eucharystia i nabożeństwo przed Najświętszym Sakramentem były nie tylko okazją do wypraszania świętych powołań, ale też refleksji nad swoją drogą życiową.

    Odpowiedzieć na wezwanie

    Gdy się słucha opowieści księży i sióstr zakonnych o momencie, w którym zdecydowali się pójść za Bogiem, oczywisty staje się wniosek, że ilu ludzi, tyle sposobów Boga na przywołanie ich do siebie. Jedni rozeznawali swoją drogę latami, inni w ciągu kilku miesięcy nabrali pewności, że Najwyższy wzywa ich do zostawienia świata i pójścia za Nim. Do niektórych Bóg zapukał w wieku kilku lat. – Pierwszy raz powiedziałem, że pójdę do seminarium, gdy miałem 7 lat. Rzuciła mnie wtedy dziewczyna, więc stwierdziłem, że zostanę księdzem – śmiał się kl. Łukasz Majer, który na poważnie o stanie kapłańskim zaczął myśleć po sakramencie bierzmowania. – Zaraz po nim zostałem lektorem, potem ceremoniarzem, a po maturze wstąpiłem do seminarium. Wierzę, że to działanie Ducha Świętego i modlę się, by moje powołanie było wypełnieniem woli Bożej – dodaje, prosząc wiernych o modlitwę. Siostra Anna Maria Pudełko również usłyszała Boży głos we wczesnym dzieciństwie. Dziś jednym z jej zadań jest towarzyszenie młodym ludziom w wyborze ich drogi życiowej. Ks. Andrzej miał w planach wojsko, jednak w klasie maturalnej ni stąd, ni zowąd zaczął zastanawiać się nad wstąpieniem do seminarium. Dziś, po 21 latach kapłaństwa, zapewnia, że pomimo wielu trudności bycie księdzem jest rzeczą niespotykaną i niesamowitą.

    Jak w domu

    A o tym, jak dobrze spotkać na swojej drodze kapłana z powołaniem, doskonale wiedzą wierni z Żelaznej, którzy zapewniają, że ich kościół, domy, a przede wszystkim serca zmieniły się, gdy do parafii przyszli obecni księża – ks. Andrzej Sałkowski i ks. Mirosław Nowosielski. – Oni są naszym największym skarbem – opowiada Marzena Krupa. – Bez nich nie miałabym w sercu takiej wiary, jaką dziś mam. Kilka lat temu ks. proboszcz zaprosił mnie do siebie i powiedział wprost: „Chcę cię widzieć na rekolekcjach REO”. Od tego czasu życie naszej rodziny zmieniło się diametralnie – opowiada pani Marzena, a pozostali członkowie wspólnoty założonej przez proboszcza potwierdzają, że ich wiara stała się żywa dzięki świadectwu i niesamowitemu zaangażowaniu księży. A zaangażowanie to wydaje się wręcz niewiarygodne. Ponad 50 ministrantów, lektorzy, ceremoniarz, schola dziecięca, dzieci uczące się pod okiem księży, porady psychologiczne udzielane przez psychologa ks. Mirosława i drzwi plebanii otwarte dla każdego i o każdej porze dnia – to tylko część tego, co dzieje się w Żelaznej. – Zacząłem być ministrantem 20 lat temu – opowiada Piotr Rusinowski, ceremoniarz. – Kiedyś było nas góra 10. Dziś nie mieścimy się przy ołtarzu. Nie ma mowy o tym, żeby w gimnazjum ktokolwiek był wyśmiewany z tego powodu, że służy do Mszy, bo wszyscy to robimy. Nawet w ciągu tygodnia do Eucharystii służy co najmniej pięciu. A przy ołtarzu obowiązują konkretne zasady. Buty wypastowane, elegancki strój, włosy wystrzyżone. Za każdą nieobecność minus, za dobrą pracę – awans w postaci belki przy pelerynce. Okazuje się, że to, co przyciąga młodzież, to często powtarzana przez ks. Mirosława zasada: „Kochać i wymagać”. A wyrazów miłości dostają parafianie bez liku. – Dzięki księdzu Andrzejowi mamy kilka drużyn piłkarskich, pierwsze stroje dostaliśmy właśnie z parafii i ksiądz wszędzie nas wozi – na zawody, treningi, na basen – wymienia Piotr. – Kiedy zmieniał samochód, kupił busa, żebyśmy wszyscy się zmieścili – śmieje się. Na pomoc księży może liczyć każdy. – Moje dzieci od 1,5 roku przychodzą dzień w dzień na plebanię, gdzie księża ćwiczą z nimi czytanie i pisanie – opowiada Alicja Jasińska. – Zorganizowali nawet profesjonalną pomoc i materiały, dzięki którym dzieci mocno podciągnęły się w nauce. Nikt nie każe im tam chodzić, a i tak codziennie biegną do księży – dodaje wzruszona i wdzięczna mama Kuby i Julki. Te niezamykające się drzwi plebanii, ciągnące się godzinami rozmowy z parafianami, grający w bilard, na gitarze bądź komputerze ministranci są nie tylko wielką radością księży Andrzeja i Mirosława, ale też zadaniem, do którego czują się powołani. – Oczywiście jest to jakiś trud, bo czasem człowiek chciałby zrobić coś dla siebie, odpocząć, ale odczytuję to jako wolę Bożą wobec mnie. Jezus przecież powiedział, że „cokolwiek uczyniliście najmniejszemu, Mnieście uczynili”. Dlatego to, co robię, to inwestycja w moje zbawienie – śmieje się ks. Andrzej.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół