• facebook
  • rss
  • Już sobie czyta księgę

    Monika Augustyniak

    |

    Gość Łowicki 12/2014

    dodane 20.03.2014 00:00

    Kościelny ze Strzegocina. – Pamiętam, że pan Mieczysław mawiał: „Dla Pana Boga nie da się zrobić byle jak, ale najlepiej, jak się umie”. Był wzorem dla wszystkich parafian – mówi Iwona Słowińska.

    Każdą czynność można potraktować jako zwykły obowiązek, przyzwyczajenie, codzienną pracę. Ale można też uczynić z niej swoje powołanie i doskonalenie się w służbie Bogu i człowiekowi. Tak właśnie zrobił Mieczysław Karczewski, kościelny z parafii Strzegocin, który po 43 latach pracy został pożegnany przez wiernych jak król. Mówią, że wszystko, co robił, czynił z miłością, sumiennością i oddaniem. 16 lutego, po miesięcznej chorobie, Bóg wezwał go do siebie. Pogrzeb, na którym odczytany został list bp. Andrzeja F. Dziuby, i pragnienie parafian, by uczcić jego pamięć, świadczą o tym, że pan Mieczysław ze zwykłej pracy uczynił niezwykłą misję.

    Kościół jak dom

    – To był bardzo dobry, ciepły i pełen wiary człowiek – wspomina pana Mieczysława ks. Zbigniew Strzałkowski, proboszcz parafii Strzegocin, który choć objął parafię w momencie, gdy wyjątkowy kościelny był już na emeryturze, szczerze się z nim zaprzyjaźnił. – Często do niego przychodziłem na pogawędkę, słuchałem jego opowieści i nie mogłem się nadziwić jego oddaniu Kościołowi. Byłem bardzo zbudowany postawą człowieka, który dbał o dom Boży nie mniej niż o swój własny. Widziałem jego dobroć. Co niedziela przystępował do Komunii świętej, a kiedy był już schorowany, przychodził na Mszę św. w pierwszy piątek miesiąca. Był dla mnie wiarygodnym świadkiem, pełnym radości, uczciwości i spokoju – opowiada ks. Zbigniew. Urodzony 8 marca 1926 r. w Byszewie pan Mieczysław objął obowiązki kościelnego w Strzegocinie w 1963 r., gdzie do 2006 r., jako mąż i ojciec 4 dzieci, współpracował z kilkunastoma proboszczami i wikariuszami. Przez lata swojej pracy, oprócz dbania o budynek kościelny i otaczający go teren, codziennej posługi podczas Mszy św. i uroczystości kościelnych, wykonywał też prace porządkowe na cmentarzu. Parafianie ze wzruszeniem wspominają, że przez 43 lata swojej posługi rozwinął niejeden dywan przed młodą parą, podał oleje do chrztu świętego setkom dzieci i towarzyszył zmarłym parafianom w ich ostatniej drodze. – Można powiedzieć, że księża się zmieniali, ale kościelny trwał – wspomina I. Słowińska. – Jednak pomimo swojego doświadczenia, wielu lat pracy, a potem sędziwego wieku, zachował wielką pokorę i szacunek do drugiego człowieka. To był mądry, uczciwy i skromny mężczyzna. Gdy przychodzili młodzi księża, on nie dawał im poznać, że coś wie lepiej, bo zna ten kościół jak własną kieszeń. Wolał przemilczeć niż kogoś urazić – dodaje pani Iwona, która przez wiele lat należała do rady parafialnej i odwiedzała pana Mieczysława przy każdej okazji.

    Pająk bez szans

    Dbałość o kościół w Strzegocinie nie skończyła się dla pana Mieczysława w chwili, gdy na jego miejsce przyszedł nowy, młody kościelny. Parafianie z uśmiechem wspominają, że do ostatnich swoich dni wypatrzył każde zaniedbanie w świątyni. – Któregoś razu podczas Mszy św. rozglądał się na wszystkie strony – wspomina pani Iwona. – Po Eucharystii zapytałam: „Panie Karczewski, co pan tak zerka na boki?”, na co on: „Wie pani, oczy już nie te, ale widzę tam w rogu jedną pajęczynę”. Oczywiście, na tym się nie skończyło. Poszedł do domu po swoją szczotkę (w czasach, gdy nie można było kupić specjalnych narzędzi, sam je konstruował i używał ich przez lata) i sprzątnął te dojrzane pajęczyny. Kiedy go strofowałam, że nie może wykonywać takich ruchów ze względu na swój wiek, mówił: „Tylko niech pani córkom nie mówi, bo będą się martwić”. Właśnie taki był pan Mieczysław. Zawsze powtarzał, że kościół musi być czysty. Kiedyś składaliśmy razem obrusy i zapytałam go, dlaczego robi to tak dokładnie, przecież można je po prostu zwinąć, a on na to: „Dla Pana Boga nie da się zrobić byle jak, ale najlepiej, jak się umie”. Zadziwiał mnie swoją sumiennością i dokładnością nawet wtedy, gdy nikt nie widział. Bo w tym, co i jak robił pan Mieczysław, wyrażała się jego głęboka wiara w Boga i miłość do Niego – dodaje. Zawsze elegancki, zadbany, a jednocześnie pokorny i otwarty na ludzi, wzbudzał szacunek mieszkańców. Dowodem na to było pożegnanie, jakie mu przygotowali. Uroczysta Msza św., życzenia, podziękowania, śpiewy i łzy wzruszenia. W prezencie otrzymał księgę pamiątkową, do której wpisali się wszyscy parafianie. – To była dla niego wyjątkowa pamiątka – mówi Halina Karczewska, córka. – Bardzo często ją przeglądał i przed śmiercią prosił, byśmy złożyli ją razem z nim w grobie. „Będę ją tam sobie czytał” – powtarzał.

    List biskupa

    Pracę i zaangażowanie pana Mieczysława doceniali księża urzędujący w parafii. Jego sumienność, punktualność i oddanie sprawiały, że bez lęku zostawiali dom Boży pod jego opieką. – Dobry kościelny to prawdziwy skarb dla księdza – mówi ks. Henryk Linarcik, który wiele lat temu pełnił funkcję proboszcza w Strzegocinie. – W tej posłudze liczą się nie tylko wykonywane obowiązki, ale przede wszystkim odpowiedzialność za kościół i troska o niego. Pan Mieczysław całym sercem angażował się w prace remontowe, pomagał mi na plebanii. Podczas świąt jego rodzina zapraszała mnie na posiłki, ich dom był niejako przedłużeniem mojego. To byli wrażliwi ludzie, którzy wiedzieli, że jestem jedynym księdzem, nie mam gospodyni i dlatego przygarniali mnie do siebie. A ja chętnie spędzałem u nich czas – wspomina z uśmiechem ks. Henryk. Postawa zmarłego przyciągnęła do ołtarza niejednego ministranta. – Był spokojny, opanowany i stanowczy – wspomina Andrzej Ignatczak, który przez wiele lat służył do Mszy św. – Doskonale wiedział, co i jak trzeba zrobić, uczył nas naszej roli, naszego miejsca przy ołtarzu. Był bardzo obowiązkowy, punktualny. Patrząc na niego, nie mieliśmy wątpliwości, że nie traktuje swoich zajęć jako pracy, ale są one jego misją i życiem. I bardzo dbał o to, żebyśmy w Kościele czuli się dobrze. Wszystko to sprawiło, że 18 lutego, w dniu pogrzebu, do kościoła i na cmentarz przybyło wielu parafian, którzy z wielkim bólem żegnali swojego kościelnego. – Nie należał do mojej rodziny, ale na pogrzebie nie mogłam opanować płaczu. Bo to był pan Mieczysław, nasz wzór do naśladowania – mówi pani Iwona. Mimo że wiódł ciche, spokojne życie, jego dobro i oddanie dotarły do szerszych kręgów. Podczas pogrzebu odczytany został list biskupa łowickiego. „Jego życie i trwanie przy Bogu było i będzie wzorem dla wielu młodych ludzi, którzy pod jego okiem wzrastali i uczyli się posługi ministranta, a razem z tym rozwijali swoje talenty, budowali swoją wiarę. Śp. Mieczysław swoją pracą budował także wizerunek parafii w Strzegocinie. Był sumiennym, uczciwym i pracowitym człowiekiem. Z wielką odpowiedzialnością wykonywał wszelkie zadania i powierzone mu prace (...). Jego wiara była wzorem dla wszystkich uczęszczających do naszej świątyni”. Podczas mowy pogrzebowej obecny proboszcz podkreślił: „Był człowiekiem, który mógłby powiedzieć: »W dobrych zawodach wystąpiłem, bieg ukończyłem, wiary ustrzegłem. Na ostatek odłożono dla mnie wieniec sprawiedliwości«”.•

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół