• facebook
  • rss
  • Jezus umiera, tata dostaje krzyż

    Monika Augustyniak

    |

    Gość Łowicki 17/2014

    dodane 24.04.2014 00:00

    – Prawda jest taka, że papież Polak był dla nas święty na długo przed beatyfikacją i kanonizacją – opowiada Marlena Kochanowska.

    Znane na całym świecie historie uzdrowień i cudów wykorzystane do procesów beatyfikacyjnych i kanonizacyjnych zachęcają wiernych do modlitwy za wstawiennictwem wielkich świętych. Nie inaczej było z rodziną Tadeusza Sobczaka. W najtrudniejszej próbie swojego życia zawierzyli Bogu i Jego świętym, modląc się codziennie o cud. Nie zawiedli się. Dziś ich „sprawdzony” orędownik Jan Paweł II jest jednym z najpopularniejszych świętych na świecie.

    Diagnoza jak wyrok

    – To był Wielki Tydzień 2006 roku. Od jakiegoś czasu mąż źle wyglądał, chudł, bladł i tylko brzuch mu się stale powiększał. Kiedy poszliśmy do lekarza, ten beż żadnych badań orzekł: nowotwór jamy brzusznej – wspomina Hanna Sobczak, żona pana Tadeusza. Od tego dnia wszystko w ich życiu się zmieniło. USG wykonane w Wielki Czwartek potwierdziło straszną diagnozę. – Pamiętam, że w Wielki Piątek patrzyłam, jak tata na nabożeństwie całował krzyż. Pomyślałam, że to takie znamienne, że właśnie teraz, gdy Jezus umiera na drzewie, tata dostaje swój krzyż... – mówi Marlena Kochanowska, córka. Od tego czasu zaczęła się seria operacji i czuwanie przy ciężko chorym. – Kiedy w szpitalu na Szaserów wycięli mężowi guza, okazało się, że stworzył on już własny krwiobieg, więc wyjęcie go groziło znacznym spadkiem ciśnienia. Guz zajął niemal całe wiadro. Lekarze nie mogli się nadziwić. Tadeusz przez tydzień utrzymywany był w farmakologicznej śpiączce – opowiada pani Hanna. Wtedy też zaczęła się prawdziwa walka o życie pana Tadeusza. Nerki, wątroba i jelita, które nie podjęły pracy, bardzo słabe serce i niegojąca się rana – to wszystko sprawiało, że rodzina chorego każdy dzień zaczynała pytaniem: „Czy jeszcze żyje?”. – Lekarze kilka razy przywracali męża do życia. Pewnego dnia serce się zatrzymało, ale po 45 minutach reanimacji wzięli Tadeusza na stół operacyjny i udało się go uratować. Innym razem widziałam, że mąż traci świadomość. I znów, dzięki lekom, udało się go odzyskać. I tak mijał dzień za dniem. Przez trzy miesiące cała rodzina robiła, co mogła, by czuwać przy mężu – mówi pani Hanna. Pan Tadeusz słucha tych opowieści ze łzami w oczach. Prawie nic nie pamięta ze swojego pobytu w szpitalu.

    To cud!

    – W tym czasie przewartościowało się wszystko! – opowiada pani Marlena. – Codziennie dojeżdżaliśmy do Warszawy, by niemal cały dzień opiekować się tatą. Wszyscy schudliśmy po kilkanaście kilogramów. Ja zwolniłam się z pracy. Spaliśmy po 4–5 godzin na dobę i często zostawaliśmy w szpitalu na noc. W tym czasie odbyły się Pierwsza Komunia św. mojej córki i ślub siostry. Z jednej strony cieszyliśmy się z tych świętych wydarzeń, a z drugiej ze łzami w oczach ściskaliśmy w dłoni zdjęcie taty. Ale prawda jest taka, że dopiero w tym trudnym momencie choroby podziękowałam Bogu za siostrę i brata. W tak podbramkowej sytuacji zrozumieliśmy, czym jest rodzina. I jedyne, czego nam nie zabrakło, to modlitwa i wiara w to, że Bóg ocali tatę – dodaje córka, która wraz z rodziną co wieczór klękała do Różańca i Koronki do Miłosierdzia Bożego, a wszystko to za wstawiennictwem Jana Pawła II. Choć mijały tygodnie i miesiące, choć pacjenci na łóżku obok wychodzili do domu, pan Tadeusz wciąż był w ciężkim stanie. – Pewnego razu, jadąc do szpitala, pomyślałam sobie, że codziennie proszę Boga o uzdrowienie, a sama nic Mu nie ofiaruję – wspomina pani Marlena. – Tego dnia postanowiłam, że dla Boga rzucę palenie. Jakie było moje zdziwienie, gdy po wejściu do szpitala tata pokazał mi kartę choroby, na której widniał napis: „Do domu”! – opowiada ze wzruszeniem. Dziś mija 8 lat od czasu, gdy wykryto nowotwór. Hospitalizacja trwała miesiącami, pan Tadeusz stale jest pod opieką lekarzy, ale żyje i czuje się dobrze. Kiedy jego rodzina całowała prof. Edwarda Stanowskiego po rękach za tak wspaniałą opiekę medyczną, ten powiedział krótko: „Ja tu nic nie zrobiłem. To, że wasz tata żyje, to cud”. – Wiem, że to był cud! Codziennie dziękuję Bogu za dar nowego życia – mówi ze wzruszeniem pan Tadeusz. Jego rodzina też nie ma wątpliwości, Kto jest dawcą uzdrowienia. – To cud, o który się modliliśmy – zapewnia pani Marlena. – Wiemy też, że wstawiał się za nami nasz papież. Trudno mi powiedzieć, dlaczego właśnie do niego zaczęliśmy się zwracać o pomoc. Ja go po prostu kocham. Jest mi tak bliski jak ojciec. Jego naukę traktuję jak wspaniałe perły. Choroba taty przygotowała nas na kolejne doświadczenia, bo za jakiś czas moja 9-letnia córka zachorowała na cukrzycę. Ją też powierzam Janowi Pawłowi II. Prawda jest taka, że czas choroby i nieustannej modlitwy to był moment, w którym nasza rodzina otworzyła drzwi Chrystusowi.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół