• facebook
  • rss
  • Jonasz w habicie

    Marcin Kowalik

    |

    Gość Łowicki 21/2014

    dodane 22.05.2014 00:00

    Cysterska opowieść. Piesza wędrówka do Fatimy mocno dała mu się we znaki. Obiecał sobie, że już nigdy jej nie powtórzy. Po roku znów przeszedł ponad 4 tys. km, żeby utwierdzić się w swoim powołaniu.

    Paweł Zieliński pochodzi z Głowna. Tu dorastał w wielodzietnej rodzinie. W domu się nie przelewało. Różnie wyglądało jego życie. Gdy się nawrócił, mieszkańcy byli zdziwieni jego przemianą i jej formą. Wstąpił do cystersów, przybrał imię Benedykt. W tym roku przyjął święcenia kapłańskie. Głowieński kościół św. Jakuba ledwo pomieścił wiernych na Eucharystii, którą celebrował. Tak wiele osób chciało być pobłogosławionych przez neoprezbitera.

    Ratunek w krzyżu

    Jakim człowiekiem jest o. Benedykt? – Przede wszystkim uderza jego pokora – mówi Elżbieta Mitręga. Trudne dzieciństwo, śmierć matki, a potem ojca kształtowały jego osobowość. – Wszyscy jesteśmy dumni, że z naszej parafii wywodzi się taki kapłan. Widziałam, jak wiele wysiłku poniósł w szukaniu swojej drogi w życiu – dodaje. Żeby ją odnaleźć, Paweł Zieliński przebył tysiące kilometrów. Pielgrzymował do okolicznych sanktuariów i na Jasną Górę. Był także za granicą. Rowerem przemierzał szlaki do Rzymu, Fatimy i Medjugorie. W duchu dziękczynienia za 25 lat pontyfikatu Jana Pawła II pielgrzymował pieszo z kolegą do Watykanu. Rok później ponowił swoją pieszą podróż z Jasnej Góry do Rzymu, tym razem z innym kolegą. Aż przyszedł czas na pielgrzymkę życia – pieszo do Fatimy. To był rok 2005. Poszedł sam. Zależało mu, żeby dotrzeć do Fatimy przed pierwszą sobotą października. Udało się, choć wyruszył późno, bo dopiero 27 czerwca. Dziennie pokonywał 45–60 km. Zdarzało się, że nawet 70. Wszystko z krzyżem, który dźwigał na ramionach. Niezwykły ten krzyż. Odnaleziony przez jego brata w śmieciach. – Odnowiliśmy go. Modliliśmy się przed nim w naszym domu Różańcem i Koronką do Bożego Miłosierdzia. Przychodzili chłopcy, którzy mieli problem z alkoholem. Było dużo nawróceń, przestawali pić – opowiada o. Benedykt. Gdy podczas wędrówki nogi odmawiały mu posłuszeństwa, patrzył na rany Chrystusa. – Przyglądałem się Jego przybitym stopom. Rzeczywiście to mnie ratowało. Tak jak prorok Izajasz mówił, że w Jego ranach jest nasze zdrowie. A Jezus s. Faustynie, gdy czuła, że cierpienie było ponad jej siły, zalecał spojrzeć na Jego rany. To pozwala wznieść się ponad wszystko – wyjaśnia.

    Ziomek z diecezji

    Z krzyżem pielgrzymował, żeby rozeznać swoje powołanie. Tuż przed granicą z Niemcami, w Wieleniu Zaobrzańskim spotkał o. Floriana, cystersa. – Tak mnie poprowadziła opatrzność Boża. Na mapce, którą miałem, nie było tej miejscowości. Dosiadł się do mnie do stolika, zaczął ze mną rozmawiać. Powiedziałem, że idę do Fatimy i że jestem z diecezji łowickiej. Ucieszył się: „To jesteś mój ziomek. Ja też jestem z tej diecezji”. Poprosiłem go o modlitwę. Pobłogosławił mnie i potwierdził, że będzie się za mnie modlił. Prosił także o modlitwę za siebie – mówi o. Benedykt. Ojciec Florian Rosiński OCist wywodził się parafii Przemienienia Pańskiego w Lubani. Niestety, nie doczekał święceń swojego ziomka. Zmarł w zeszłym roku. Niewykluczone, że jego modlitwy wyprosiły u Boga cysterskie powołanie dla pielgrzyma z Głowna. Ten, po 96 dniach wędrowania, dotarł przez ewangelicką część Niemiec, Holandię, Belgię, Francję i Hiszpanię do Fatimy. Codziennie rozważał słowo Boże i starał się uczestniczyć w Mszy św. Rytm pielgrzymki wyznaczała modlitwa. Rano Godzinki, potem brewiarz, Droga Krzyżowa i cały Różaniec. – Często było tak, że spałem przy kościele pod gołym niebem. Jak były ciepłe noce, to sobie tylko karimatę rozwijałem, bo nie miałem już siły rozbić namiotu. Nieraz policjanci sprawdzali, kim jestem, ale pokazywałem pismo od proboszcza oraz paszport i mnie zostawiali. Tylko byli zdziwieni, że jestem nietypowym pielgrzymem. Miałem długą brodę i włosy oraz wór pokutny – mówi.

    Sensacja na ulicach

    Wór uszył sam, bo do Fatimy szedł, pokutując za swoje grzechy. Specjalnie wybrał drogę przez kraje, w których zanikła religijność. – Ludzie w Holandii zatrzymywali samochody, trąbili, robili zdjęcia, zapraszali do domu. Traktowali mnie jak zakonnika. Tam księża czy zakonnicy na ulicy nie noszą sutann. Moje myśli były takie, żeby Pan Bóg pobłogosławił Holandii, żeby kapłani założyli stroje duchowne, bo ludzie spragnieni są takiego świadectwa. Po powrocie z Fatimy wziąłem do ręki „Niedzielę” i czytam, że episkopat Holandii upomina się, żeby księża nosili sutanny. Coś niesamowitego. Odczuwałem wielką radość. Dziękowałem Bogu, bo moje pragnienie się wypełniło – opowiada. Oprócz krzyża o. Benedykt dźwigał 30-kilogramowy plecak, a w nim mnóstwo obrazków Jezusa Miłosiernego z modlitwą w różnych językach. Rozdawał je napotkanym ludziom i modlił się za nich. Z pobytu w Holandii utkwiła mu również scena przed marketem. – Przechodziłem obok grupy młodzieży. Zobaczyłem, że mnie wołają. Podszedłem do nich. A oni podają mi jointa. Podziękowałem im. Pokazałem na krzyż i tłumaczę: „Jesus is my life” i że idę do Fatimy, pokutuję za swoje życie, bo w młodości robiłem różne rzeczy. Zapadło milczenie. Nie wiedzieli, co powiedzieć. Rozdałem im obrazki. Dziwnie się na mnie patrzyli, ale je wzięli – mówi.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół