• facebook
  • rss
  • Teraz siedzi taka morska dama

    Monika Augustyniak

    |

    Gość Łowicki 32/2014

    dodane 07.08.2014 00:00

    Lalkarka. Znalezione na śmietniku. Często bez rąk czy tułowia. Gdy trafią do pani Józefy, ożywają.

    Kilkanaście kilometrów od Rawy Mazowieckiej, w wiosce Zarzecze, na którą mieszkańcy z przekąsem mówią „Zagóry” (przez wzgląd na wzniesienia zasłaniające niemal wszystkie domostwa), w tej ukrytej dla oczu przejezdnych miejscowości mieszka niespełna... 10 osób. A wśród nich Józefa Domańska, 81-letnia wielbicielka muzyki tradycyjnej i... szycia ubranek dla lalek. W jej dwuizbowym domu jeden pokój zamieszkuje ponad 300 lal ubranych w uszyte przez panią Józefę stroje. Łowiczanki, panny młode, księżniczki... Do wyboru, do koloru.

    Z panieńskiej sukienki

    – Moje dzieci nie bawiły się lalkami – mówi pani Józefa, mama 6 dzieci, 10 wnucząt i 12 prawnucząt (w tym jedno w drodze). – To były ciężkie czasy, mieliśmy pole, które trzeba było obrobić, ja wykopywałam ziemniaki, dzieci je zbierały. Mąż sam zrobił kołyskę, czasem wystrugał jakąś zabawkę. Ale moje wnuki już miały lalki – opowiada. I wtedy w pani Józefie obudziła się chęć uszycia malutkich, kolorowych strojów. Sukieneczka dla pierwszej lali zrobiona została z sukienki panieńskiej samej krawcowej. – To była taka czerwona, letnia, rozkloszowana suknia. Najpierw przerobiłam ją na ubranie dla córek, potem na strój dla lalki. Do tego znalazłam malutki kubraczek i przyozdobiłam go cekinami, guziczkami i wstążkami. I, oczywiście, uszyłam kapelusz – wspomina pani Józefa. Po ubraniu pierwszej elegantki lalkowa krawcowa nabrała ochoty na wystrojenie kolejnych. Tak zrodziła się pasja, której efektem jest kilkaset laleczek różnej wielkości, ubranych w suknie we wszystkich kolorach tęczy. – Kiedyś nie można było kupić materiału ot, tak sobie, więc prułam stare sukienki, bluzki i robiłam, co się dało. Kilka lal ubranych jest w suknie przerobione z kreacji, którą moja córka miała na ślubie cywilnym. Na początku szyłam dużo sukien panien młodych, ale kiedy zorientowałam się, że co najmniej raz w roku muszę je prać, żeby wyglądały jako tako, dałam sobie spokój. Teraz szyję tylko kolorowe – tłumaczy. Wszystkie te wspaniałe ubranka pani Józefa szyje na starej maszynie Singera, na którą do tej pory sama nawleka nitkę. Mówi, że oczy już nie te, ale prawda jest taka, że niejeden młody pozazdrościłby jej takiego wzroku. I choć narzeka na reumatyzm w palcach, jej dłonie wciąż radzą sobie z tak drobnymi elementami, jak haleczki, majteczki, kapelusiki czy buciki, których nie brakuje żadnej małej modelce. – Proszę sobie wyobrazić, jak mozolną pracą musi być ręczne przyszywanie cekinów i wstążek do twardych, sztywnych materiałów, z których robi się gorsety do wełniaków, a przecież tych łowiczanek ciocia ma wiele – mówi z zachwytem pani Bożena, bratanica pani Józefy.

    Szpital dla lalek

    W pasji wspiera ją cała rodzina. – Kto może, kupuje materiały. Jakieś skrawki z zakładów krawieckich, wstążki, cekiny i guziczki z rynku. Ciocia bardzo lubi, kiedy stroje błyszczą się i mienią. Jedna sukienka jest nawet zrobiona ze złotka spożywczego – śmieje się pani Bożena. Łowiczanki, księżniczki, robotnik, Czerwony Kapturek, damy w sukniach zrobionych na szydełku – pani Józefa dobiera strój do konkretnej lalki. A ich historie są przeróżne. Wiele z nich to spadek po wnukach, jednak ogromną większość stanowią lalki z odzysku – ze śmietnika, znalezione, wyrzucone... Pani Józefa zabiera je do siebie, myje, czesze i ubiera. Wiele z nich trafiło do niej bez ręki, nogi bądź z samą tylko głową. Pani Józefa robi z nimi cuda! Ba, wśród wielu lal siedzi i taka, która na początku miała tylko twarz... – Tę twarz dzieci znalazły kiedyś podczas wakacji nad morzem i przywiozły do mnie. Dorobiłam jej głowę i włosy, uszyłam tułów, ręce, nogi i ubrałam w niebieską suknię. Teraz siedzi taka morska dama – śmieje się pomysłowa kobieta. Aktualnie pani Józefa również szyje suknię dla lalki, która jeszcze niedawno miała tylko głowę. – Przyszedł taki czas, że wszyscy znajomi zaczęli przynosić cioci lalki w prezencie. Dawali jakieś materiały, bibeloty i tak uzbierał się cały pokój – tłumaczy ze śmiechem pani Bożena, która opowiada, że w pokoju z lalkami ciocia zrobiła ścieżki, dzięki którym można dojść do szaf. 7 lat temu okazało się, że ta wyjątkowa pasja pomogła przetrwać krawcowej trudne chwile śmierci jej najstarszej córki. – Szyłam wtedy dniem i nocą, nie widziałam nic poza szyciem, bo ono pozwalało mi żyć – wspomina. – Teraz już mi się czasem nie chce, ale co innego mam do roboty – śmieje się krawcowa. Lalka, do której ma największy sentyment, to ta pierwsza, w panieńskiej, czerwonej sukience. I choć kolorowe modelki nieczęsto opuszczają swój pokój, znaleźli się i tacy, którzy zapragnęli, by ta wyjątkowa pasja ujrzała światło dzienne. – Ciocia została włączona do projektu, w którym seniorzy uczą młodych – tłumaczy pani Bożena. – Byłyśmy już dwa razy w szkołach w Boguszycach i w Pukininie, żeby zaprezentować część kolekcji i zachęcić dzieci do szycia. Uczniowie przywieźli swoje lalki i skrawki materiałów i świetnie radzili sobie z wykrajaniem i szyciem. Mamy bardzo zdolną młodzież.

    Chodzący folklor

    „Dzięki swoim pasjom imię i nazwisko mojej babci pojawia się w książkach, gazetach i internecie. Kultura to właśnie tacy ludzie jak ona, bo bez nich ludowość i folklor już dawno by nie istniały” – napisała w jednym ze szkolnych wypracowań Natalka, wnuczka pani Józefy. Bo kolejną pasją, jaka wyróżnia tę starszą kobietę z tłumu, jest jej miłość do pieśni tradycyjnych. Nauczyła się ich w młodości od matki i ciotki, a potem godzinami wyśpiewywała je na polach podczas pasania gęsi i krów. Często zapraszana była na wesela, gdzie zabawiała weselników, umilała czas błogosławieństwa młodej pary, występowała podczas oczepin, a dzięki niezwykłemu poczuciu humoru często była autorką komicznych scenek i skeczy. – Kiedyś nie było wesela we wsi, żeby ciocia nie była zaproszona – opowiada pani Bożena. – Jeszcze rok temu na weselu mojego syna weszła na scenę i zaśpiewała ludowe pieśni – śmieje się. Pani Józefa narzeka, że dobre czasy już minęły, że teraz muzykanci na weselach nie dadzą nikomu dojść do głosu. Jednak krawcowa i pieśniarka nadal nie rozstaje się ze sceną. Kiedy 10 lat temu we wsi powstawał zespół „Dzieciaki z Boguszyc”, Maria Heinn, kierownik zespołu, wprowadziła utwory pani Józefy do repertuaru. Tak zaczęła się jej przygoda z dużą sceną i występami przed liczną publicznością. W wełniaku, który sama sobie uszyła, objeżdża festiwale w Mińsku Mazowieckim, Bukowinie Tatrzańskiej, Kazimierzu Dolnym i wielu innych miastach, zdobywając nagrody i wyróżnienia. Dzięki znakomitej pamięci pani Józefy, wyśpiewywane przez nią pieśni zostały spisane, a przez to ocalone od zapomnienia. Pełna werwy, radosna i z niezawodnym wciąż głosem, cieszy się z każdego kolejnego przesłuchania. „Babcia, od kiedy występuje, jest weselsza. I mimo że ma prawie 80 lat, myśl, że przyjdzie kolejne lato – czyli czas kolejnych festiwali – jakby ją uskrzydlała” – pisała kilka lat temu zachwycona babcią wnuczka. Bo panią Józefą zachwyca się cała rodzina, która po części przejęła jej pasje i zdolności. Wnuczka pisze wiersze, obie córki szyją, znają też wszystkie pieśni z repertuaru mamy, a ta, która nie żyje, występowała w zespole ludowym. Na 80. urodziny pani Józefy zeszło się ponad 50 osób, rodzina zebrała otrzymane dyplomy w jedną książkę, wnuczka Renata napisała wiersz. A wnuczka Natalka, oddając wypracowanie na temat „Moja mała ojczyzna”, napisała: „Moją małą ojczyzną jest wieś, w której mieszkam, licząca aż... 10 osób! Ale na tym moim małym odludziu można spotkać, a nawet porozmawiać z cudownym »zjawiskiem« kulturowym. Bo czy inaczej można nazwać moją babcię, która podbiła scenę festiwali ludowych i ratuje lalki od zapomnienia?”.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół