• facebook
  • rss
  • Chodzą po wodzie

    dodane 04.09.2014 00:00

    Aby przeżyć przygodę podobną do wędrówki wzdłuż Amazonki, wcale nie trzeba lecieć do Ameryki.

    W woderach, z maczetą i kosturem w rękach można doświadczyć wielu ekstremalnych przeżyć, wędrując w górę lub w dół Pisi Gągoliny. Miłośnicy tej malowniczej rzeki, przepływającej przez powiat żyrardowski, udowadniają, że wiosną jest ona doskonałym miejscem na spływy, a gdy woda opada, jej koryto można traktować jako pieszy szlak turystyczny. I – co ważne – Pisią można brodzić przez kilkanaście kilometrów, zarówno z biegiem rzeki, jak i pod prąd.

    Z torem przeszkód

    Najwięcej ekstremalnych i zarazem estetycznych doznań czeka na śmiałków wędrujących od Kamionki do pałacu w Radziejowicach (odcinek od starego młyna w Korytowie jest wymarzonym szlakiem dla spływów kajakowych). Płynąca zakolami niepozorna rzeka, która raz przypomina Czarną Hańczę, a raz odnogi Amazonki, zaskakuje nie tylko urodą, ale i dzikością. Działalność bobrów, które upodobały sobie jej koryto, zarówno podczas spływów, jak i wędrówek zmusza do częstych przepraw przez zwalone drzewa i konary. Pracowitość wspomnianych gryzoni powoduje także i to, że rzeka często zmienia swoją głębokość. Czasem jej wody sięgają jedynie do łydek, a po kilku metrach już do pasa, a nawet ramion. Wyzwaniem jest także nieprzewidywalne dno, na którym nietrudno natrafić na kamień, korzeń czy sporej wielkości wyrwy, zapadliny i tamy. Dodatkową atrakcją są mocno porośnięte pokrzywami, trzcinami i chaszczami brzegi, które wymagają użycia maczety, bez której nie warto wyruszać w drogę. Pisia Gągolina, której nazwa pochodzi najprawdopodobniej od dwóch słów: „pisa”, zapożyczonego z języka staropruskiego, oznaczającego „płynącą wodę”, oraz od gatunku kaczki bądź po prostu od gęgania, bo ze względu na dzikość i meandry jest siedliskiem wielu zwierząt. Podczas ostatniej wędrówki, w którą wybrało się około 40 osób, znaleziono młodego, wyczerpanego jastrzębia. Co wnikliwszym obserwatorom udało się zobaczyć również siedliska kaczek, nory bobrów i ławice ryb. Miłośnicy przyrody i Fundacja Ochrony Środowiska z Żyrardowa, będąca organizatorem spływów i wędrówek po rzece Pisi, udowadniają, że może być ona atrakcją turystyczną na całej długości, nawet w miejscach płycizn. Każdy spływ i wędrówka – zdaniem organizatorów – jest także dobrą sposobnością do sprzątania rzeki. – Mam nadzieję, że pogoda pozwoli mi jeszcze w tym roku z grupą przyjaciół wybrać się na wędrówkę korytem Pisi – mówi Marcel Kownacki z Żyrardowa, który niedawno dowiedział się o spacerach po rzece. – Od dziecka szukałem ekstremalnych doświadczeń. Spacer po wodzie, podczas którego nietrudno o wywrotkę, kontuzję, ale i niezwykłe doświadczenia, wydaje mi się czymś niezwykłym. Już widzę miny moich kolegów, którym opowiadam o wędrówce z maczetą w ręku, woderach pełnych wody, pokrzywach do pasa i zwalonych drzewach, które zmuszały do wspinaczki – marzy.

    Rekomendacja Krzysztofa

    Zachętą do zmierzenia się z Pisią może być zapis spływu, jaki na stronie www.Kanu.pl umieścił Krzysztof „Panda” Szkolmowski, który w 2010 roku przez dwa dni samotnie się z nią zmagał: „Od samego początku zaskakujące było to, że w rzece jest przejrzysta woda. Pamiętam czasy, kiedy jadąc autobusem do Wiskitek, już w Zagródzi trzeba było nabrać mocno powietrza w płuca, żeby na bezdechu przejechać przez most nad czymś, co bardziej przypominało cuchnącą maź niż rzekę. A tu, proszę, jakie miłe zaskoczenie – to jest woda! W dodatku pływają w niej ryby i to w całkiem pokaźnych ławicach. Niestety, żeby nie było tak różowo, widać również liczne ślady »cywilizacji«. (...) Mimo to, płynie się całkiem przyjemnie”. W kolejnych zdaniach autor opisuje spotkanie z wędkarzem, przygody ze zwalonymi drzewami, które musiał brzegiem omijać bądź przepływać pod konarami. „Nie jest źle – myślę, i w tym momencie wyrasta przede mną wielkie zwalone drzewisko z całą masą naniesionego przez rzekę śmiecia. Z trudem wychodzę na brzeg i widzę zabudowania Mikołajewa. Przeciągam łódkę kilkaset metrów po brzegu, docieram w pobliże mostu. Pozostawiam w krzaczorach łódkę i klamoty, udając się na poszukiwanie sklepu. Znajduję bez trudu, wchodzę... Przerażenie w oczach sprzedawczyni sygnalizuje mi, że coś jest nie tak. Spoglądam w sklepowe lustro i omal nie wybucham śmiechem. Koszulka brudna jak ostatnie nieszczęście, ramiona i twarz całe w krwawych śladach, pozostałości po bitwie, jaką musiałem stoczyć z chmarą gzów, i jeszcze ta czapka z pióropuszem z zeschłych liści... Krótko wyjaśniam przyczynę takiego stanu i uzupełniam zapasy. No to... powodzenia, słyszę na odchodne. (...) Rzeka znów zmienia swoje oblicze jakby pod wpływem zaklęcia. Jest pięknie. Piaszczyste dno, brak przeszkód i wspaniałe widoki sprawiają, że zapominam o dotychczasowym wysiłku. Przestaję zwracać uwagę na gzy i muchy atakujące za każdym razem, gdy zbliżam się do pastwisk. (...) A każdemu, kto zacznie się śmiać, słysząc nazwę Pisia, w dodatku Gągolina, powiem: więcej szacunku, drodzy Państwo, więcej szacunku. Żyrardów leży nad wspaniałą rzeką, a ja mam cichą nadzieję, że jako pierwszy przepłynąłem samotnie taki odcinek” – kończy swoją opowieść „Panda”.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół