• facebook
  • rss
  • Kryzys receptą na sukces?

    Agnieszka Napiórkowska

    |

    Gość Łowicki 38/2014

    dodane 18.09.2014 00:00

    Sadownicy. Gdyby nie dziennikarze, którzy zamiast rzetelnie opisywać sytuację, wieszczą armagedon, sadownicy spaliby spokojniej. Bo rosyjskie embargo to nie koniec świata.

    Od 1 sierpnia obowiązuje zakaz sprowadzania polskich produktów roślinnych do Rosji. Został on nałożony praktycznie na wszystkie gatunki owoców i warzyw, które eksportujemy na Wschód. Bez względu na to, kiedy zakaz zostanie zniesiony, nikt nie ma złudzeń, że będzie on dla polskich producentów sporym kłopotem. Rosja jest bowiem jednym z największych rynków zbytu. W 2013 roku trafiło tam z Polski ponad 800 tys. ton owoców i warzyw. Zdaniem sadowników z rejonu rawsko-grójeckiego embargo spowoduje utrudnienia w sprzedaży jabłek, ale rynek się nie załamie. A w dalszej perspektywie to, co dziś jawi się jako klęska, może okazać się błogosławieństwem.

    Czas na jedność

    – Sytuacja sadowników jest trudna, ale zdecydowanie gorzej mają warzywnicy, zwłaszcza ci, którzy produkują warzywa nienadające się do przechowywania – mówi Roman Jagieliński, sadownik z terenu diecezji łowickiej, prezes Grupy Producentów Owoców Roja i były minister rolnictwa. – Sytuacja jest trudna, ale nie tragiczna. Mając dobrze technicznie wyposażone sadownictwo, nie musimy owoców sprzedawać zaraz po zbiorze. Możemy przechowywać 1,5 mln ton, co jest w dużej mierze zasługą grup producentów owoców. Wykorzystali fundusze unijne i sporo zainwestowali w przechowalnie, więc możemy przechować prawie całą produkcję – 3, 5 mln ton. Jagieliński mówi, że nasz przemysł jest w stanie przerobić 2,5 mln ton jabłek na koncentrat jabłkowy. Ale przecież jabłka przerabia się też m.in. na cydr, chipsy czy soki tłoczone na zimno. – Dlatego uważam, że z powodu rosyjskiego embarga tragedii nie będzie – tłumaczy były minister rolnictwa. Jagieliński nie ukrywa jednak, że dziś największym problemem producentów jest niska cena jabłek. Przetwórcy owoców wykorzystują sytuację, by zaniżać ceny skupu. Obecne ceny na jabłka przemysłowe nie dają gwarancji, że pokryją koszta produkcji i przechowywania. Zdaniem byłego ministra na niską cenę wpływa też duże rozproszenie produkcji i ciągłe konkurowanie sadowników między sobą. – Po drugiej stronie mamy bardzo zintegrowanych partnerów, którzy dyktują swoje warunki. By przetrwać embargo, musimy zacząć tworzyć alternatywę dla rynku rosyjskiego. Niestety, to długi proces, który trzeba będzie prowadzić przy cenach zdecydowanie niższych niż dotychczas. Firmy zachodnioeuropejskie, wiedząc, że mamy urodzaj jabłek, zrobią wszystko, by kupić je jak najtaniej. Gdybyśmy byli skonsolidowani, moglibyśmy ustalić ceny minimalne i w odpowiedniej chwili powiedzieć „Stop”. Ostatnio powołaliśmy konsorcjum, do którego weszło 18 grup producenckich z 4 województw. Na razie jest jedyne na rynku. Niechęć do jedności leży chyba w naszej naturze i mentalności. Może kolejna lekcja, którą właśnie odbieramy, czegoś nas nauczy – dodaje Roman Jagieliński.

    Interes z naukowcami

    Poza brakiem jedności kolejnym problemem jest jakość. Handel z Rosją, która – jak mawiali niektórzy – była nie do nasycenia, obniżył jakość produktu. Dziś próbując zdobyć inne rynki, sadownicy muszą wiedzieć, że to, co w Rosji można było uznać za najlepszy gatunek, w innych krajach może nie przejść kontroli jakości. – Tu znów kłania się nasze umiłowanie kombinowania. Mając wysokiej jakości produkt, wiele osób próbuje go zmieszać z tym nieco gorszym. Takie praktyki są niedopuszczalne. Zamiast kombinować, musimy ruszyć głową i zająć się poszukiwaniem rynków zbytu dla naszych towarów. Kolejnym sposobem na zaistniałą sytuację może być inwestowanie w przetwórstwo – zauważa Jagieliński. Sadownikom może w tym pomóc Skierniewicki Instytut Ogrodnictwa, który proponuje wdrażanie opracowanych technologii. Dzięki nim nieco gorszej jakości produkt może zostać przerobiony. Po spotkaniu, jakie odbyło się w SIO 8 września, część polskich sadowników postanowiła to wykorzystać i zrobić z naukowcami interes. Zrzeszeni w grupy chcą inwestować w przetwórstwo, wykorzystując technologie opracowane w Instytucie. – Myślimy o robieniu soków tłoczonych na zimno. Poza tym spotkaliśmy się z propozycją robienia musu jabłkowego, suszonej i mrożonej kostki oraz chipsów. Atutem takich rozwiązań jest element innowacyjności – zdradza były minister, który będąc sadownikiem od 1969 r., doskonale pamięta trudne, ale i bardzo dobre lata. Jego zdaniem z takim stanem rzeczy trzeba się pogodzić. By to przetrwać, trzeba mądrze prowadzić biznes. – Ja jestem członkiem grupy producenckiej, mam rynek, a więc i gwarancję, że swój produkt sprzedam. Wiem jednak, że są tacy, którzy o to nie zadbali. Im mocno współczuję. Nie mam złudzeń, że część małych gospodarstw mocno zubożeje, a może nawet padnie – mówi Jagieliński.

    Na zdrowie, nie na złość

    Objeżdżając sady nawet zna- cznie mniejszych producentów jabłek niż Roman Jagieliński, nie trudno zauważyć, że większość z nich nie widzi przyszłości w czarnych barwach. O to obwiniają media, które każdego dnia prorokują klęskę sadowników. – Od jakiegoś czasu nie włączam już telewizora, bo nie chcę się denerwować – mówi Andrzej Rzeźnicki z Nowego Kłopoczyna. – W wielu przekazach jesteśmy przedstawiani jako grupa nieudaczników, którzy siedzą z założonymi rękami i czekają na cud. A my już od jakiegoś czasu się zrzeszamy, szukamy nowych rynków zbytu. Poza jabłkami uprawiamy także borówkę, wiśnie czy maliny, by mieć również inne źródło dochodu. Pan Andrzej przyznaje, że Rosja od dawna nie jest łatwym partnerem. I tak sobie myśli, że może nawet to embargo to dobry znak. – Być może za jakieś 10 lat moglibyśmy się całkowicie uzależnić od rosyjskich odbiorców. Zamieszanie wokół polskich owoców trzeba przekuć na sukces – przekonuje pan Andrzej. Ale jego zdaniem trzeba to robić z głową. Krzywi się, gdy słyszy hasło: „Jedz jabłka na złość Putinowi”. – Jabłka powinno się jeść, bo są zdrowe, a nie żeby komuś coś udowadniać. Kiepskim rozwiązaniem jest także uprawianie rozdawnictwa i trąbienie, że nie mamy co z owocami zrobić. Takie informacje wyrabiają u ludzi przekonanie, że możemy je oddać za przysłowiowy grosz – mówi nieco zirytowany pan Andrzej, który często pomaga potrzebującym. Ma też pretensje do mediów, że wciąż straszą olbrzymim kryzysem w polskim rolnictwie. – A my takiego załamania jeszcze nie doświadczamy. Ale pewnie trzeba będzie dokonać jakichś zmian, które pomogą producentom – mówi sadownik. Pan Andrzej opowiada, jak przed laty handlował swoimi jabłkami przed śląskimi kopalniami. Sprzedawał je na reklamówki. – Kiedy cofnięto mi pozwolenie, postanowiłem jabłka rozdać za darmo. Ludzie nawet nie chcieli o tym słyszeć. Brali reklamówki z jabłkami, a pieniądze wrzucali mi na samochód – opowiada. Sadownik ma nadzieję, że tak jak wtedy, tak i teraz sytuacja wyzwoli w Polakach solidarność i wzajemną pomoc. – Jeśli duże gospodarstwa znajdą rynki zbytu za granicą, powinny pomóc też małym sprzedać tam swoje produkty. Najtrudniej będzie tym, którzy mają duże kredyty, i sadownikom, dla których sprzedaż jabłek była sposobem na przetrwanie – mówi z troską w głosie Andrzej Rzeźnicki. Ale na razie większość sadowników cieszy się urodzajem, za który dziękuje Bogu. Mają też nadzieję, że sprawą polskiego rolnictwa z większym zaangażowaniem zajmie się polski rząd. Może przecież podpisać umowy handlowe np. z Chinami czy USA, by polskie owoce i warzywa mogły trafiać i tam.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół