• facebook
  • rss
  • Powołani na... stronę A4

    dodane 18.09.2014 00:00

    Daleko trzeba szukać drugiej parafii, z której wyszło tak dużo kapłanów i osób konsekrowanych. I – co ważne – tu nieustannie się o nich pamięta i otacza modlitwą.

    W niedzielę 7 września odbyła się nasza kolejna niedziela ewangelizacyjna. O powołania zakonne, kapłańskie, a także o silne Bogiem małżeństwa i rodziny modliliśmy się w parafii pw. św. Katarzyny Aleksandryjskiej w Rzeczycy. W modlitwie, poza rzeszą wiernych, uczestniczyli proboszcz parafii ks. Henryk Linarcik, ks. Krzysztof Knych, s. Anna Maria Pudełko, apostolinka, oraz kleryk WSD w Łowiczu Szymon Smółka, który nie tylko podzielił się swoim odkrywaniem powołania, ale powiedział także kilka słów o seminarium i formacji.

    13 księży i 14 sióstr

    Rzeczycki kościół jest piękny i zadbany. W ostatnich latach wymieniony został dach, wyremontowane wieża, witraże oraz poddana konserwacji elewacja. Ale najważniejsze jest, co się w tych pięknych wnętrzach dzieje. Ks. proboszcz Henryk Linarcik często organizuje tu przeróżne koncerty, spotkania, a nawet spektakle teatralne, nad którymi patronat medialny obejmował m.in. „Gość Niedzielny”. Nietrudno poczuć tu ducha ks. Jędrzeja Kitowicza, sławnego proboszcza z przeszłości. Od niedawna też jego rzeźba w niszy kościoła wita parafian i gości. W świątyni są też relikwie bł. o. Stanisława Papczyńskiego, który na terenie parafii pisał regułę zgromadzenia księży marianów. W bogatej historii wspólnoty uderza przede wszystkim fakt, że ziemia ta zrodziła tak wiele powołań kapłańskich i zakonnych. – Pierwszy raz zdarzyła mi się taka sytuacja, że zabrakło mi miejsca na kartce z modlitwami, by wypisać wszystkich księży i osoby konsekrowane pochodzące z parafii – mówi z nieskrywaną radością s. Anna Maria. Nie mniejsze wrażenie zrobiło na niej także to, że ks. proboszcz potrafi ich wymienić jednym tchem. – Modląc się przed Najświętszym Sakramentem, prosiłam Pana Jezusa, by nadal Jego głos: „Pójdź za Mną” był tu tak wyraźnie słyszany. Podobne marzenia ma także ks. Linarcik, który nie ukrywa, że bardzo chciałby, aby kolejni parafianie dołączali do listy osób całkowicie oddanych Bogu. – By wypisać wszystkich rządkiem, potrzebna jest kartka A4 – uśmiecha się ks. Henryk. – Licząc od ks. Stanisława Małachowskiego, przeora karmelitów w Oborach, który urodził się na terenie parafii w 1839 r., doliczyłem się 13 pochodzących stąd kapłanów. Pięciu z nich odeszło już po zasłużoną nagrodę do Pana. Poza tym mamy też 14 powołań żeńskich, a wśród nich s. Stanisławę Mietlińską, która bez wątpienia mogłaby być kandydatką na ołtarze.

    Doceniani przez znawców

    Nie tylko duża liczba powołań jest mocną stroną leżącej na krańcu diecezji parafii. W niezbyt licznej wspólnocie w każdej wsi istnieją koła Żywego Różańca, a o oprawę muzyczną dbają schola i chór, którego śpiew zachwycił nawet Włodzimierza Korcza. – Słysząc ich śpiew, w pierwszym momencie pomyślałem, że to chór, z którym koncertuję, odbywa próbę. Kiedy zobaczyłem, że to chór parafialny, ze zdziwienia przetarłem oczy i z przyjemnością posłuchałem jeszcze kilku pieśni – mówił wówczas W. Korcz. Na tym jednak nie koniec. Jak podkreślają wierni, u św. Katarzyny panuje wyjątkowo rodzinna atmosfera, która bez wątpienia przyciąga do kościoła całe rodziny, i która zaowocowała powstaniem kręgu Domowego Kościoła. – W parafii mieszkamy od 6 lat – mówi Mariusz Mucha. – Zanim tu się sprowadziliśmy, należeliśmy do kręgu w Rawie Mazowieckiej. Do tej pory uczestniczymy tam w spotkaniach, ale znamy też ludzi z kręgu rzeczyckiego. Świadomość, że w parafii są rodziny, które podobnie, jak my, starają się pracować nad swoją relacją małżeńską, sprawia, iż parafia staje się wspólnotą. Nie brakuje tu ludzi, od których można się wiele uczyć i którzy nie myślą tylko o sobie. Moja żona żartuje, że kiedyś, gdy przychodziliśmy do kościoła z trójką naszych dzieci, nie zawsze było w pierwszych ławkach miejsce. Dziś druga ławka jest pusta. Jakby zostawiana dla nas. Odbieramy to zawsze jako miły gest, tym milszy, że – spodziewając się czwartego dziecka – wiemy, że i ono będzie miało tu swoją miejscówkę – śmieje się Mariusz.

    O odkrywaniu swojego powołania chętnie opowiada pasterz parafii. – Moja mama urodziła mnie jako siódme dziecko. Gdy mieszkałem w Łodzi, niedaleko seminarium, bardzo podobał mi się śpiew kleryków. Przystawałem pod ich kaplicą, zachwycając się. Przez lata związany byłem z franciszkanami z ul. Rzgowskiej. Był tam starszy brat, który – gdy zauważył, że odprawiałem sobie Drogę Krzyżową – dawał mi obrazki. Nie wiem, czy pobożność, czy może te obrazki były zachętą do tej modlitwy. Gdy umarł, mimo że byłem małym chłopcem, poszedłem na jego pogrzeb. Zresztą mieszkając w kamienicy, zawsze uczestniczyłem w pogrzebach sąsiadów. Kiedy nie było mnie na podwórku, mama pytała: „Gdzie jest Henio?”. Jak nie usłyszała odpowiedzi, natychmiast dopytywała: „A szedł jakiś pogrzeb?”. Jeśli odpowiedź była twierdząca, była spokojna. Wiedziała, że na pewno tam jestem i o ile mi tylko pozwolono, niosę krzyż. Do dziś nabożeństwa pogrzebowe są dla mnie niezwykłym czasem modlitwy. Decyzję o wstąpieniu do seminarium podjąłem po uroczystościach jubileuszowych w 1966 r. Pamiętam, że po obchodach w Tumie z udziałem kard. Stefana Wyszyńskiego i dziś św. Karola Wojtyły spotkałem kleryków, którzy zaprosili mnie do seminarium. Tak mi się tam spodobało, że zostałem – wspomina ks. Linarcik. Ma, oczywiście, nadzieję, że owocem niedzieli ewangelizacyjnej w parafii będzie nowe powołanie zakonne lub kapłańskie.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół