• facebook
  • rss
  • Serce diecezji zaczęło bić

    Agnieszka Napiórkowska

    |

    Gość Łowicki 41/2014

    dodane 09.10.2014 00:00

    Jubileusz WSD. – Kiedy 20 lat temu szliśmy w procesji z Najświętszym Sakramentem, parował jeszcze asfalt, do którego przyklejały się buty – śmieje się ks. Rafał Babicki. – Ale seminarium było dla mnie miejscem nawrócenia i poznawania Boga. Dziś w czasie Eucharystii z trudem powstrzymywałem wzruszenie.

    Uroczysta Msza św. z dwoma prymasami, nuncjuszem i łowickimi biskupami, koncelebrowana przez prawie 100 księży, rozpoczęła obchody 20. rocznicy powstania łowickiego seminarium.

    Kartka z pamiętnika

    Zanim przy Seminaryjnej (wcześniej Kiernozkiej) zamieszkali klerycy, w miejscu tym koszarowali żołnierze radzieccy. W chwili przejęcia przez diecezję nieruchomości w skład kompleksu wchodziły: trzypiętrowe koszary, budynek warsztatów, garaże, a także pralnia i łaźnia z kotłownią. Garażowano tu samochody pancerne, samochody-radiostacje, amfibie. Na tyłach garażów był pozbawiony okien karcer. Część terenu opuszczonego przez Rosjan zajęła straż pożarna, do dziś najbliższy sąsiad wspólnoty seminaryjnej.

    Dzięki niezwykłej determinacji bp. Alojzego Orszulika, pierwszego ordynariusza diecezji, a także ofiarnemu zaangażowaniu diecezjan, kapłanów i ofiarodawców z kraju i zagranicy, 30 września 1994 r. odbyła się uroczysta inauguracja roku akademickiego, z udziałem kard. Pio Laghi, przedstawiciela Stolicy Apostolskiej. W uroczystościach uczestniczyli także: nuncjusz apostolski w Polsce abp Józef Kowalczyk, prymas Polski kard. Józef Glemp, arcybiskupi i biskupi polscy, przedstawiciele parafii, uczelni i rzesza wiernych. Na kilka dni przed inauguracją w seminarium wrzało jak w ulu. Klerycy wraz z ówczesnymi władzami dwoili się i troili, by uroczystość miała niezwykłą oprawę. Co wówczas działo się w seminarium, w barwny sposób oddają wspomnienia bp. Józefa Zawitkowskiego, opisane w książce „Wyższe Seminarium Duchowne w Łowiczu”: „Na początku września przyjechali wszyscy klerycy. (...) W domu zafunkcjonowała już kuchnia, kucharze w kitlach krzątali się wśród nowoczesnych urządzeń. W refektarzu dopisywał apetyt upracowanym klerykom, którym w czasie przerw starczało jeszcze sił na mecze ze strażakami. W prowizorycznej pracowni konserwatorskiej ks. Bogdan Lisek »kąpał« jeszcze w chemii fragmenty Ukrzyżowanego z kaplicy cmentarnej w Kutnie. (...) Urząd Miasta wywiązał się ze swego zobowiązania i drogowcy położyli bardzo starannie asfaltowy »dywanik« na rozkopanej dotąd ulicy Kiernozkiej. (...) Szanowne panie urzędniczki z ratusza tym razem z miotłami zamiatały chodnik. To było urzekające”. Biskup Józef skrupulatnie opisał ostatnie godziny poprzedzające uroczystość: „W kuchni słychać było ks. Mariana Panka, proboszcza z Wilkowa, który przywiózł wyżywienie dla 150 gości w refektarzu i 2 tysięcy gości na placu seminaryjnym. Około godziny czwartej nad ranem nastała w seminarium cisza. Niektórzy z kleryków usnęli tam, gdzie pracowali. (...) A co z władzą seminaryjną? Nie wiem, czy była w ciele czy poza ciałem – na pewno jednak bardzo umęczona. Widać było po niej, że zbliża się jakaś niezwykła chwila, bo ks. rektor Stanisław Lech zgolił brodę, wicerektor ks. Stanisław Plichta pobladł i więcej połysiał, ojciec duchowny ks. Adam Bednarczyk powtarzał pacierzowe »bądź wola Twoja«, za to ks. prefekt Józef Staszewski nie stracił formy. A ks. dyrektor Jan Rawa? Też zgolił brodę, trochę posiwiał i powtarzał antyfonę »już mam tego dość«”. O tym, że trwająca 5 godzin uroczystość wypadła znakomicie, nie trzeba chyba zapewniać. Uroczysta Msza św., procesyjny przemarsz z Najświętszym Sakramentem z katedry do seminarium i wielka uczta zapisały się w pamięci wielu osób. Do dziś uczestnicy tamtejszych wydarzeń wspominają je nie tylko ze wzruszeniem, ale i z uśmiechem.

    Imponująca procesja

    Swoimi wspomnieniami w 20. rocznicę utworzenia seminarium podzielił się prymas senior Józef Kowalczyk, ówczesny nuncjusz, i bp Alojzy Orszulik, który w swoim wystąpieniu wspominał nie tylko przejmowanie nieruchomości i jej rozbudowę, ale także barwną procesję, kłopoty ze nalezieniem rektora i kadry profesorskiej. – Po uroczystej celebrze Mszy św. w katedrze, której przewodniczył kard. Laghi z udziałem obecnego tu abp. Kowalczyka, ruszyliśmy procesyjnie z Najświętszym Sakramentem do seminarium – mówił biskup. – Był z nami abp Henryk Muszyński. On przejął z rąk kardynała Najświętszy Sakrament. Kiedy byliśmy na moście, mówi do mnie: „Słuchaj, robi mi się słabo!”. I wtedy ja przejąłem monstrancję i z wielkim wysiłkiem doniosłem ją na plac seminaryjny. W procesji uczestniczyły delegacje z całej diecezji w strojach ludowych, sztandary, młodzież, kapłani, siostry zakonne. Była imponująca! Najświętszy Sakrament został wniesiony do kaplicy. Serce diecezji zaczęło bić – mówił biskup Orszulik, który zdradził także kulisy powołania pierwszego rektora. – Poszukiwania kandydatów rozpocząłem od Warszawy. Niestety, trzech warszawskich profesorów mi odmówiło. Wtedy przypomniałem sobie o ks. Stanisławie Lechu, który był adiunktem przy Katedrze Liturgii na KUL. Zniechęcony Warszawą pojechałem do niego późnym wieczorem. Długo się opierał. Zanim się zgodził, powiedział: „Jak ksiądz biskup uzna, że się nie nadaję, to mnie ksiądz biskup zwolni, a jak ja uznam, że się nie nadaję, to ksiądz biskup przyjmie moją rezygnację”. Biskup senior nie zapomniał o pierwszych wykładowcach, z których spora grupa przyjeżdżała do łowickiego seminarium, nie pobierając za wykłady pieniędzy. – Było dokładnie tak, jak biskup Orszulik opowiadał – przytakiwał pierwszy rektor ks. Lech. – Pamiętam, że po uroczystości abp Muszyński powiedział do mnie: „Księże rektorze, to była najdłuższa inauguracja roku w moim życiu”. Do dziś pamiętam także, że kuchnia rozgotowała mi brokuły, które dopiero co pojawiały się na rynku. Gotowali je chyba z godzinę – uśmiecha się. Były rektor chętnie przywołuje także wspomnienia związane z uruchamianiem budynku, ogromną liczbą studentów. – Dziś, gdy patrzę na tę garstkę, jest mi trochę żal, że tak ich niewielu. No, ale takie czasy, taka sytuacja i mniej młodzieży. Pan Bóg powołuje, ale coraz mniej ludzi odpowiada. Cieszę się, że dzisiejsi kapłani, którzy wtedy byli klerykami, z radością wspominają tamte czasy, a nawet moje kazania. To chyba znak, że coś im zapadło w sercu. Dodam jeszcze, że biskup Orszulik dotrzymał słowa. Kiedy po dwóch latach przyszedłem do niego i powiedziałem, że bycie rektorem mnie przerasta, przyjął moją rezygnację – wyznał ks. Stanisław.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół