• facebook
  • rss
  • Spadkobiercy „Eosa”

    dodane 09.10.2014 00:00

    O starym kinematografie, niedoświetlonym festiwalu i zgranym zespole z Maciejem Malangiewiczem, dyrektorem „Feniksa”, rozmawia Marcin Kowalik.

    Marcin Kowalik: Gratuluję. „Fenix” dostał nagrodę Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej za znaczące osiągnięcia w upowszechnianiu i promocji polskiego kina. O tę prestiżową nagrodę niektórzy ubiegali się po raz kolejny. Wam udało się to za pierwszym razem.

    Maciej Malangiewicz: Dziękuję. Nastawiałem się, że do Gdyni jadę tylko po oficjalny odbiór nominacji. Byłem przekonany, że nagrodę zdobędzie poznańskie kino „Rialto”, nominowane trzeci rok z rzędu. Uważam, że najsprawiedliwiej byłoby, gdyby kapituła przyznała równorzędne nagrody. Wiem, jakim to było dla nich rozczarowaniem. Dwa lata temu wspólnie z Jackiem Rutkowskim byliśmy nominowani do nagrody PISF w kategorii książka o tematyce filmowej za „100 lat kina w Łowiczu”. Włożyliśmy w jej stworzenie mnóstwo wysiłku. Dlatego teraz nie robiłem sobie wielkiej nadziei na zwycięstwo.

    A nie uważasz, że ten wysiłek nie poszedł jednak na marne? Podejrzewam, że kapituła pamiętała o Waszej książce i w jakimś stopniu to przeważyło o przyznaniu nagrody.

    Chyba masz rację. Nagroda dla kina przyznawana jest za całokształt działalności, w tym za promocję. Wydanie monografii o łowickich kinach, kilkumiesięczne obchody stulecia placówki połączone m.in. z koncertami, wystawami i nocą muzeów musiały zostać dostrzeżone. Teraz zbieramy owoce tych działań. Odbierając nagrodę, powiedziałeś, że dedykujesz ją pionierom łowickiej kinematografii Aleksemu Kobielskiemu i Edmundowi Aleksandrowi Schmidtowi. Jestem z nimi emocjonalnie związany. Gdy przychodzę na cmentarz katedralny, odwiedzam ich groby. Przy pisaniu książki poznałem szczególnie losy E.A. Schmidta. To był człowiek zasłużony dla Łowicza, wykształcony w Zurychu. Miał fabrykę nici przy ul. Bolimowskiej. Był wizjonerem. Uruchomił w 1912 r. z A. Kobielskim pierwszy kinematograf w mieście pod nazwą „Eos”. Czuję się kontynuatorem tej ponadstuletniej tradycji kina w Łowiczu. Tym bardziej, że kino „Fenix” mieści się dokładnie w tej samej sali, w której był kinematograf.

    Mówisz o ponadstuletniej tradycji kina w Łowiczu, ale raptem 11 lat temu ta historia mogła się zakończyć.

    Były tylko trzy przerwy w działalności kin w Łowiczu, bo kiedyś funkcjonowało nawet kilka w tym samym czasie. Dwie w czasie wojen światowych i jedna całkiem niedawno. To była jesień 2003 r. Kino „Bzura” musiało wynieść się z budynku, o którego zwrot dopominał się jego poprzedni właściciel. Miasto nie miało pieniędzy na jego wykupienie, a w obietnice powstania prywatnego kina nie wierzyliśmy. Mówię „my” o sobie i moich pracownikach, więc my, jako pasjonaci kina, wzięliśmy sprawy w swoje ręce. Dobrze się stało, że rok wcześniej wyremontowano budynek przy ul. Podrzecznej z przeznaczeniem na dom kultury. W środku była sala widowiskowa, taka płaska z krzesłami i ze sceną. Myślę sobie: „Skoro tu wcześniej był kinematograf, jeśli w Polsce powstają kina studyjne, to dlaczego nie spróbować zrobić takiego małego kina?”. Łódzka firma Kinexpert za darmo zrobiła nam pomiary i projekt. Z tym projektem przekonuję radnych, żeby nam pomogli i przekazali pieniądze na remont sali. Na szybko robimy prowizorkę. Odkupujemy od szkoły na Blichu stare projektory i fotele, i ruszamy z 5. edycją Och! Film Festiwal. Pomysł chwycił. Ludzie przychodzili na projekcje, mimo że obraz był niedoświetlony. Przerwa w działalności kina trwała tylko półtora miesiąca, a my mieliśmy przed radnymi argument, że kino w Łowiczu jest potrzebne. W końcu remont ruszył, udało się nam zdobyć pieniądze na ekran, fotele, profesjonalne nagłośnienie. Stopniowo wyposażaliśmy salę kinową. Dziś filmy wyświetlane są w technice cyfrowej.

    Czy nazwa kina nawiązuje do mitycznego ptaka, który odrodził się z popiołów?

    Tak. Wymyślił ją jeden z byłych pracowników kina. Widać powiązał to z faktem, że nas nie było, ale odrodziliśmy się. Choć przyznam, że wolałem, żeby kino nazywało się „Eos”, ale nie ingerowałem w nazewnictwo. Uznałem, że skoro pracownicy chcą takiej nazwy, niech tak zostanie. Przyzwyczaiłem się już do niej, tak jak mieszkańcy. Przez te kilka lat kino dorobiło się swojego repertuaru i wiernych widzów. Niektórzy siadają tylko w swoich ulubionych fotelach. I to w mieście, w którym nie ma studentów, z którego młodzi ludzie uciekają. Widać PISF też docenił to, że skoro nie ma w Łowiczu środowiska akademickiego, a w kinie dzieje się tyle rzeczy, to pracują tu ludzie z pasją. Wygląda to tak, że ja zbieram laury, ale przecież ta nagroda jest dla wszystkich pracowników – operatorów Jacka Florczaka i Zbigniewa Stelmaszewskiego oraz kasjerek Anny Zabost i Janiny Wawrzyn. Wspólnie konsultujemy repertuar. Udaje się nam pogodzić twórczość kina ambitnego z filmami komercyjnymi. Panie sprzedające bilety znają chyba większość mieszkańców Łowicza. Potrafią zagadnąć, podpytać, gramy nawet seanse na życzenie. Ważne są projekty edukacyjne, bo staramy się dotrzeć też do najmłodszych. W ten sposób wychowujemy sobie widza. Dla mnie osobiście ta nagroda więcej znaczy niż te indywidualne. Cenię ją sobie bardziej od Krzyża Zasługi od Prezydenta RP. Po latach widać, że decyzja o powstaniu kina studyjnego była właściwa. Ludzie nie chodzą już tak chętnie do multipleksów. Bo małe kina w dobie cyfryzacji są w stanie wyświetlać filmy w dniu premiery, a kiedyś na kopię taśmy czekało się nawet kilka tygodni. Marzy mi się teraz pobicie rekordu frekwencji. Chciałbym, żeby w ciągu roku kino odwiedziło 30 tys. widzów, tyle, ilu mieszkańców liczy Łowicz.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół