• facebook
  • rss
  • Sutanna to nie pancerz

    Marcin Kowalik

    |

    Gość Łowicki 49/2014

    dodane 04.12.2014 00:00

    O strachu 5-letniej kuzynki, armii Pana i zakonie chorych z Bartłomiejem Borowskim, Adrianem Czerwińskim, Jakubem Kitą i Jakubem Zakrzewskim, alumnami WSD w Łowiczu, rozmawia Marcin Kowalik.

    Marcin Kowalik: Czy odkąd nosicie sutanny, zauważyliście zmianę w sposobie traktowania Was przez ludzi?

    Bartłomiej Borowski: Już na początku. Zaraz po obłóczynach trafiliśmy do swoich domów rodzinnych. Mieszkam w 23-piętrowym wieżowcu. Wsiadłem do windy. Ludzie, którzy znali mnie tyle lat, patrzyli z zaciekawieniem. Mimo radości, że noszę sutannę, czułem się wtedy trochę nieswojo. Natomiast droga do kościoła była wielkim wydarzeniem. Dało się odczuć powagę i to, że postrzegano mnie jako kogoś innego niż do tej pory.

    Jakub Kita: Dla innych już nie jesteśmy chłopakami w marynarkach. Na ulicach często traktują nas jako księży. Gdy następnego dnia po obłóczynach o 6 rano szedłem do kościoła, mijałem grupę młodzieży wracającą z jakiejś imprezy. Słyszę jak najbardziej poważne: „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!”. Samemu trudno było mi uwierzyć w to, co usłyszałem.

    Jakub Zakrzewski: Moja 5-letnia kuzynka na początku bała się do mnie podejść, ale szybko się oswoiła. Młodsi ministranci w mojej parafii też byli zaskoczeni. Nie rozpoznali mnie. Pewnie myśleli sobie: „Jakiś nowy ksiądz do nas przyjechał”. A to tylko dawny lektor Kuba już nosi sutannę.

    Adrian Czerwiński: Nigdy wcześniej nie nosiliśmy stroju, który tak bardzo identyfikuje. Sutanna jest jak mundur wojskowy. Inni przypominają nam, że należymy do armii Pana. Idę sobie zamyślony ulicą i nagle dziewczyna jadąca na rowerze krzyczy: „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!”. Dopiero po chwili zorientowałem się, że to było skierowane do mnie.

    A czy ten strój wpływa na Wasze zachowanie?

    B.B.: Są sytuacje, w których musimy być bardziej opanowani i czujni niż wcześniej. Ale dla mnie najważniejsze jest, byśmy byli normalni, bo i tak ludzie po chwili rozmowy wyczują, jacy jesteśmy. Przed pójściem do seminarium znajomi prosili: „Tylko bądź sobą”. I tego się trzymam. Bo więcej ludzi przyciągnie się do Boga normalnością niż udawaniem.

    J.Z.: To ważne, żeby w każdej sytuacji być autentycznym, żeby nie stać się aktorem.

    A.C.: Sutanna nie może być pancerzem, który nas od ludzi oddziela. Jest po części dla nich. Ma nas do siebie zbliżać. Myślę, że dopiero doświadczenie wielu tygodni czy miesięcy pokaże, czym ona jest dla nas. Mogę na razie stwierdzić, że w sutannie chodzi mi się tak samo swobodnie jak wcześniej. Poza tym, że jest trochę cieplej.

    Czy mieliście już do czynienia z ludźmi, którzy – widząc Was w sutannie – chcieli skorzystać z porady duchowej?

    B.B.: My nie mamy na tej sutannie napisane, że jesteśmy klerykami, a nie księżmi. Musimy się więc liczyć z tym, że ktoś do nas podejdzie i powie: „Proszę księdza, mam taką sprawę”. Wiadomo, że jeżeli chodzi o sakramenty, to nie możemy ich udzielać. Ale nie odmawiamy, jeżeli ktoś z nami chciałby porozmawiać czy prosi o modlitwę.

    J.Z.: Wiele osób zwraca się do nas o to, bo uważają, że będąc w seminarium, mamy lepsze „układy” z Bogiem, jakbyśmy byli bliżej nieba.

    J.K.: Z różnymi problemami zwracano się do nas już przed obłóczynami, np. na pielgrzymce. To były niełatwe pytania: „Dlaczego zginął mój syn?”, „Dlaczego nie mogę mieć dzieci?”. Teraz takim sprawdzianem są dla nas wizyty u chorych.

    Odwiedzacie ich w szpitalu czy w domach?

    J.K.: Zależy, kto. Akurat ja w szpitalu. Byłem na oddziale intensywnej terapii. Chorzy walczą tam o życie. Razem z kolegą modlimy się za nich. Zdarza się, że jest przy nich rodzina i pojawiają się stwierdzenia, że Boga nie ma oraz pretensje: „Dlaczego Pan Bóg sprawił, że mój mąż tak się męczy?”, „Dlaczego nie pozwalacie na eutanazję?”. Trzeba być dla tych ludzi szczególnie wrażliwym. Odwiedzam jeszcze oddział położniczy. To zupełne przeciwieństwo. Widać szczęście u mam i spanikowanych tatusiów. Mnie samemu widok noworodków sprawia wielką radość.

    B.B.: Wesoło jest też na oddziale dziecięcym, który ja odwiedzam. Natomiast nie spodziewałem się, że na chirurgii jest tyle osób starszych, u których nie widać już nadziei na to, że wyjdą z choroby. Muszę się z tym zmierzyć, bo to jest wpisane w kapłaństwo. Dla mnie te osoby są siłą Kościoła. Ze względu na to, że dużo się modlą, porównuję ich do zakonu.

    J.Z.: A ja odwiedzam pewną panią w jej domu. Moja wizyta polega przede wszystkim na rozmowie. Ta pani opowiada o sobie, pyta również, jak mi się żyje w seminarium. Pomagam jej przy podstawowych pracach w domu, ostatnio także w napisaniu maila, bo ma problemy z obsługą klawiatury. Klerycy z naszego seminarium odwiedzają ją już od lat. Bardzo się z tego cieszy.

    A.C.: Chora, którą odwiedzam, ma 91 lat. Idąc do niej pierwszy raz, bałem się, co ja, 20-latek, będę tam robił. Okazało się, że niepotrzebnie. Mimo wieku, jest osobą bardzo sprawną intelektualnie. Przeżyła bardzo wiele, szczególnie w czasie wojny. Opowiada mi o tym, mówi o Bogu, o swoich doświadczeniach. W rozmowie z nią nie potrzebowałem wiedzy teologicznej, tylko umiejętności słuchania. Z relacji jej synowej wiem, że po takiej wizycie ożywa. To potwierdza, jak ważne jest być przy ludziach, którzy czują się samotni.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół