• facebook
  • rss
  • Cztery anioły pana Leszka

    Agnieszka Napiórkowska

    |

    Gość Łowicki 20/2015

    dodane 14.05.2015 00:00

    Pielgrzymki. Kiedy coś sobie postanowi, tylko jakiś kataklizm może go zatrzymać. Ostatnim jego wyczynem była samotna pielgrzymka rowerowa do Rzymu. Smagany deszczem, śniegiem, a później palony słońcem dotarł na plac św. Piotra i do grobu św. Jana Pawła II. Temu drugiemu chciał powiedzieć: „dziękuję”.

    Sam o sobie mówi, że jest twardzielem. Uparte dążenie do celu ma w naturze. Podejmując się jakiegoś zadania, musi mieć przekonanie, że chce to robić, że potrafi to zrobić i że ma osobę, dla której chce się tego podjąć. Nie inaczej było podczas samotnej rowerowej pielgrzymki do Rzymu. Chciał. Trenując, wiedział, że da radę. A osób, dla których to robił, było kilka. Pierwszą – Jan Paweł II (rocznica jego beatyfikacji i kanonizacji), kolejnymi – żona, dzieci. I choć dziś wie, że drugi raz na taką wyprawę by się nie zdecydował, nie żałuje. 21-dniową pielgrzymkę uważa za największe i najważniejsze rekolekcje swojego życia.

    Wypełniona obietnica

    60-letni Leszek Łopata z Żychlina w tym roku w styczniu przeszedł na emeryturę. Przez 42 lata pracował w firmie Emit jako mistrz gniazda gazów technicznych. Tam nauczył się odpowiedzialności, liczenia na siebie i odwagi. O takich jak on mówi się, że – jak saperzy – mylą się tylko raz. On na szczęście się nie pomylił. O pomyłce nie ma też mowy, gdy chodzi o żonę Annę. – Z tą naszą znajomością było całkiem zabawnie. Pracowałem już w Emicie, ale postanowiłem się z niego zwolnić, bo słabo płacili. Miałem dograną pracę na Śląsku – wspomina pan Leszek. – Wyszedłem pożegnać się z kumplami i zobaczyłem Anię. No i nie wyjechałem. To była miłość od pierwszego wejrzenia. Za pół roku wzięliśmy ślub. Jesteśmy razem już 39 lat. Mamy trójkę dzieci i sześcioro wnucząt. W 25. rocznicę ślubu dzieci wykupiły nam pielgrzymkę do Włoch. Dziwnym zrządzeniem losu udało mi się podejść do ojca świętego Jana Pawła II. Przez chwilę trzymałem go za rękę. Nogi miałem jak z waty. To było dla mnie wielkie przeżycie. Po jego śmierci postanowiłem, że wrócę do Rzymu, by podziękować mu za jego życie, za to, jak wiele zrobił dla nas, Polaków – opowiada. Przejście na emeryturę to był ten moment. Otrzymana odprawa poszła m.in. na zakup nowego roweru i sprzętu. Doskonała kondycja fizyczna zachęcała do podjęcia wyzwania. – Na początku nie planowałem samotnej wyprawy, ale osoby, z którymi chciałem jechać, odmówiły. Mimo to nie zrezygnowałem. Nie pomogła nawet męska rozmowa z ks. Wiesławem Frelkiem, naszym proboszczem, który odradzał samotną wyprawę. Oparłem się też prośbom żony i dzieci, mimo iż liczyłem się z tym, że mogę nie wrócić – wspomina cyklista. Przed wyruszeniem w drogę L. Łopata uczestniczył w Eucharystii, po której ks. Wiesław poświęcił mu rower, udzielił błogosławieństwa i podarował dwie ikony – św. Piotra i św. Jana Pawła II. Obie spoczęły w kieszonce na sercu. Z duszpasterzem i parafianami miał się cyklista spotkać w Rzymie. Z parafii bowiem na rocznicę beatyfikacji zorganizowano pielgrzymkę. – Wsiadając na rower, czulej niż zwykle ucałowałem żonę. Obiecałem dzwonić każdego dnia. Mała wnuczka, przytulając się do mnie, powiedziała: „Dziadek, chętnie bym ci nogę złamała, żebyś nigdzie nie mógł pojechać”. Wiedziałem, że się denerwują. Ale chęć dziękczynienia była większa – opowiada.

    Babeczki dla pielgrzyma

    Przez całą podróż w rodzinnej parafii pana Leszka w Żychlinie codziennie modlono się za niego w czasie Mszy św. I nie ma się co dziwić. W parafii nie jest on osobą anonimową. Od 50 lat służy do Mszy. Dlatego też jego samotna wyprawa dla wielu była niezwykłym świadectwem. W samotną podróż cyklista wybrał się w drugi dzień świąt wielkanocnych. Ruszając w drogę, nie miał załatwionych miejsc noclegowych. Miał za to pismo od proboszcza, w którym ten zaświadcza o celu jego wyprawy. Pismo zostało przetłumaczone na kilka języków. Opatrzone pieczątkami, miało być kluczem do drzwi wielu plebanii. I było. Choć nie wszędzie. Tego, co wydarzyło się w drodze, starczy na książkę. – Przez cały czas śpiewałem psalmy, modliłem się modlitwami papieża Franciszka i czułem wsparcie Jana Pawła II. To była mordercza wyprawa. Z noclegami w Polsce nie było problemu. Jedną noc spędziłem w domu swojej siostry, która ciężko zachorowała. Chciałem podtrzymać ją na duchu. Pod Raciborzem spotkałem pierwszego anioła. Nazywał się Wojciech Gdeszcz. Był nauczycielem. Zainteresował się moją wyprawą. Obiecał mi pomóc załatwić nocleg w Czechach. Słowa dotrzymał. Przyjechał tam ze swoją żoną, która była przy nadziei. Wynajął mi hotel i za wszystko zapłacił. W dalszej drodze cały czas pamiętałem o nich w modlitwie – opowiada żychlinianin. Przejazd przez Czechy i Słowację we wspomnieniach mężczyzny zapisał się nader dobrze. Napotykani rowerzyści chętnie wskazywali drogę. Trudności nie sprawiał język. Nie było też kłopotu z noclegiem. W Twarożnej spał na plebanii. Tamtejszy proboszcz, który okazał się drugim aniołem, podczas porannej Mszy św., wskazując na niego, powiedział: „Oto pan Leszek, na kole do Rzymu do papieża jedzie”. Wierni nagrodzili go oklaskami. Jeden z ministrantów wręczył mu babeczki upieczone w nocy dla pielgrzyma.

    Austriacka mordęga

    Myliłby się ten, kto by sądził, że cała droga była sielanką. Nic podobnego. Z największymi trudnościami L. Łopata zmagał się w Austrii. I nie chodzi tu tylko o konieczność pokonywania wzniesień alpejskich. Choć te nieraz wyciskały pot. Pielgrzymując przez Austrię, zapłacił mandat 20 euro za poruszanie się po niedozwolonej drodze. Nie pomogły tłumaczenia. Jadąc wzdłuż Dunaju, zgubił się i musiał nadrobić 40 km. Kolejnym problemem były bardzo wysokie ceny w hotelach. – Najtrudniej było w Obertauern. Dojeżdżając tam, byłem bardzo zmęczony. Bałem się, że zemdleję. Kiedy zacząłem szukać noclegu, okazało się, że ceny są bardzo wysokie, przekraczają moje możliwości. Nagle przypomniało mi się, że po drodze widziałem obok jakiegoś zajazdu zadaszenie. Zawróciłem. Zrobiłem sobie zupę i dwie herbaty. Wyciągnąłem śpiwór i poszedłem spać. Na dworze były – 4 stopnie, do tego padał śnieg. Około 3.30 z zajazdu wyszła kobieta, która mnie stamtąd wyrzuciła, strasząc policją. Nie mając wyjścia, wsiadłem na rower i pojechałem dalej. Łzy mi ciekły po policzkach. Austria to zdecydowanie najtrudniejszy czas. Nie wiem, czy nie złamałaby mnie, gdyby nie trzeci anioł, którym był mój proboszcz. Przyjechał do  Krems z organistą Robertem Kaczmarkiem oraz klerykiem. Nie spodziewałem się, że wpadnie. Przywiózł mi ser, odżywki i jeszcze kilka potrzebnych rzeczy. Razem zjedliśmy obiad. Jego odwiedziny dały mi dużo siły, dlatego pewnie zniosłem to, co mnie później spotkało pod wiatą i w dalszej drodze – mówi wzruszony pan Leszek. Po przekroczeniu granicy włoskiej chłód przestał być już problemem. Najtrudniejszymi wyzwaniami stały się wzniesienia, słońce i uciekający czas, który zmuszał do morderczego wysiłku, a nawet całonocnej jazdy. Siły dodawał przybliżający się cel. – Podróżując po Włoszech, czułem się jak u siebie. Ludzie mnie pozdrawiali. Widząc flagę papieską, wiwatowali. Jadąc do Spresiano, miałem dobry wiatr w plecy, dzięki czemu udało się przejechać 127 km. Później na rowerze spędziłem dobę, pokonując 225 km. Zanim dotarłem do Rzymu, otrzymałem pomoc od czwartego anioła. Na drodze SS3, która miała mnie doprowadzić do Wiecznego Miasta, zgubiłem się. Dzwoniłem do córki, by poszukała drogi w internecie. Nie mogła znaleźć. Zacząłem się modlić do Jana Pawła II. Za chwilę na stację benzynową, na której się zatrzymałem, podjechała włoska policja. Poprosiłem o pomoc. Jeden z policjantów wykręcił jakiś numer i podał mi słuchawkę. Po drugiej stronie była policjantka Polka. Powiedziała, że mam jechać za patrolem. Przez 9 km na sygnale mnie eskortowali do drogi, której nie mogłem znaleźć. Na pl. św. Piotra dotarłem po 21 dniach od wyjazdu z parafii. W sumie przejechałem 2232 km i 700 metrów. Następnego dnia spotkałem się ze swoim proboszczem i parafianami. Razem zwiedzaliśmy Rzym i potem Asyż. Modlitwa przy grobie świętego papieża, rozmowy z obcymi ludźmi, którzy gratulowali mi wyczynu, uskrzydlały. Do domu wróciłem autokarem. Dziś dziękuję Bogu za to, że pozwolił mi pokonać tę drogę. I mam tu na myśli nie tylko kilometry, ale i drogę wewnętrzną, w głąb siebie. To, jak wiele dobra się „zadziało” i nadal dzieje, trudno wyliczać... Po powrocie do domu pan Leszek od córki otrzymał strój Rzymianina, a od wnuczki – własnoręcznie zrobioną torbę. Jednym jednak z cenniejszych prezentów był zachwyt i podziw, jaki ujrzał w oczach żony. Dla niej już na zawsze pozostanie bohaterem.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół