• facebook
  • rss
  • Bóg podciął mnie w kolanach

    dodane 03.12.2015 00:00

    O wysiadce z pędzącego ekspresu, promocji świętych i scholi z elementami terapii z Anetą Grzegorzewską, marketingowcem, wolontariuszem ŚDM 
i właścicielką sklepu internetowego,
rozmawia Agnieszka Napiórkowska.

    Agnieszka Napiórkowska: Niedawno uruchomiłaś katolicki sklep internetowy. Skąd pomysł na taki biznes i nazwę?


    Aneta Grzegorzewska: Do jego otwarcia przygotowywałam się przez rok. W pewnym momencie doszłam do wniosku, że my, katolicy, nie doceniamy potencjału, jaki mamy w świętych Kościoła katolickiego. Stąd pomysł, by otworzyć sklep „Taki Święty”, który będzie promował osoby wyniesione na ołtarze, ale nie tylko. W logotypie sklepu jedna z liter jest odwrócona. A to dlatego, by pokazać, że każdy z nas jest trochę „kulawym świętym”. Staramy się, ale upadamy. Naszym pragnieniem jest, by sklep zachęcał do pracy nad sobą.


    Dziś, mówiąc o świętości, można się narazić na śmieszność, drwiny. Czy spotykasz się z takimi reakcjami?


    Tak, zdarza się. Moim szczęściem jest to, że obracam się teraz wśród ludzi, którzy myślą podobnie jak ja. Dawniej, gdy ze swoimi współpracownikami rozmawiałam o wierze i moralności, wzbudzałam wesołość i spotykałam się z niezrozumieniem. W głowie nie mieściło im się choćby to, że od 20 lat mam tego samego męża i nie chcę zmiany.


    Znamy się od lat. Razem pracowałyśmy. Dziś, gdy patrzę na Ciebie, mam wrażenie, że się „radykalizujesz”, wszystko stawiasz na jedną, Bożą kartę. Kiedyś byłaś businesswoman. Pracowałaś na wysokich stanowiskach, zarabiałaś duże pieniądze. Jak to się stało, że to wszystko rzuciłaś?


    Pierwszy raz nawróciłam się w wieku 17 lat. To było związane ze spotkaniem ks. Roberta Kwatka, który zabrał mnie na rekolekcje w góry. Po tym wyjeździe wróciłam inna, odmieniona. Pan Bóg stał się dla mnie megaważny. Chodziłam wtedy do liceum. Niestety, po tej zmianie zostałam niezrozumiana i odrzucona przez koleżanki. Gdy opowiedziałam, co się stało, kiwały tylko z politowaniem głowami. Wówczas mocniej związałam się z tymi, z którymi chodziłam na religię. Potem zaangażowałam się w grupę zajmującą się dziećmi niepełnosprawnymi. Tam spotykałam ludzi myślących podobnie. Po studiach jednak zaczęłam pracować w korporacjach, na stanowiskach. Moja łódź odbiła daleko od brzegu. Żyłam bardzo szybko. Można to porównać do jazdy ekspresem. W tym pędzie straciłam kontakt z rzeczywistością. Praca pochłaniała mnie bez reszty. Nadal byłam osobą wierzącą, ale nie miałam czasu dla najbliższych, dla rodziny. To trwało dobrych parę lat. Przyszedł jednak taki moment, w którym – jak to się mówi – Pan Bóg podciął mnie w kolanach. W pracy zawodowej wszystko się posypało. Nie rozumiałam tego, bo nie stało się to z mojej winy. Dziś wiem, że to Pan Bóg chciał mnie zatrzymać, że to On chciał mi pokazać, że wszystko, co robię, to jedno wielkie badziewie. Zobaczyłam wtedy, że moje zmagania nie miały żadnej wartości, że to nie było nikomu potrzebne. Wtedy powiedziałam: „Jezu, ja Ci to oddaję. Nie dam rady już tak dłużej żyć. Ty to poukładaj po swojemu”. Na zmianę i Jego pomoc nie czekałam długo. W ciągu roku moje życie zmieniło się o 180 stopni. Wyskoczyłam z ekspresu i przesiadłam się do pociągu osobowego. Zwolniłam. Jadąc osobówką, zaczęłam dostrzegać obrazy mojego życia wyraźniej. Zrozumiałam, że wcześniej byłam łamana kołem i że jakoś na to pozwalałam. I mimo że w swojej pracy nigdy nie zrobiłam rzeczy, które naruszałyby szkielet moralny, miałam poczucie marnowania życia. 


    Czy ta zmiana dokonała się bezboleśnie? Tak bez większych problemów wysiadłaś z jednego pociągu i wsiadłaś do drugiego?


    O, nie! Na początku było trudno. Nawet bardzo. Złożyłam wypowiedzenie z pracy. Przez jakiś czas nigdzie nie pracowałam. Później założyłam firmę, która zajmowała się marketingiem. I nawet nieźle mi szło. Miałam sporo klientów. Zrobiłam wiele stron internetowych. Ale to też jeszcze nie było to. Pewnego dnia moja najstarsza córka zapytała mnie, co ma zrobić ze swoim życiem, na które nie ma pomysłu. Powiedziałam, że musi robić coś, co da jej poczucie spełnienia i szczęścia. I ona wtedy zadała kolejne pytanie: „Ale jak mam wybrać pracę, by to, co będę robiła, było potrzebne i pożyteczne?”. Po raz drugi w moim życiu pojawił się komunikat: „potrzebne i pożyteczne”. Po tych słowach temat ten mielił się w mojej głowie. Zaczęłam czytać Pismo Święte. Zaczęłam się więcej modlić. Spotkałam też nowych ludzi. I pewnego dnia, gdy kupowaliśmy jakąś koszulkę ewangelizacyjną dla znajomego, przyszło olśnienie, że i ja mogłabym robić takie rzeczy. No i się zaczęło… Przez rok różne wydarzenia i spotkania potwierdzały, że to dobry kierunek. I tak powstał sklep internetowy.


    Wtedy też pojawiła się schola i współpraca z ŚDM?


    Tak. Zawsze chciałam śpiewać w kościele. Rajcowały mnie schole z gitarami. Był tylko jeden warunek: to musiało być radosne i uwielbieniowe. Razem z koleżanką poszłyśmy kiedyś do ks. Rafała Babickiego i powiedziałyśmy mu, że chciałybyśmy mieć scholę gospelową. Popatrzył na nas, posłuchał i powiedział: „Róbcie”. Zaczęły się próby. Uszyłyśmy sobie stroje. Podzieliłyśmy się zadaniami. Powstały różne diakonie. I stał się cud. Bo z tej scholi utworzyła się wspólnota, głównie kobiet różnych zawodów, z różną historią życia, które chciały razem śpiewać, modlić się i sobie pomagać. Dziś śmiejemy się, że próby to nie tylko śpiew, ale i terapia. Ta schola to kolejny dar, dzięki któremu jestem szczęśliwa. To wszystko, co teraz mam, to prezent od Boga. Dzięki swoim dzieciom, które angażują się w różne rzeczy, byłam na REO i włączyłam się w przygotowania do ŚDM. Jako marketingowiec zaangażowałam się w przygotowanie łowickiej strony ŚDM, w kręcenie klipu diecezji łowickiej. Służę pomocą, radą. Podpowiadam, jak przygotować promocję tych wydarzeń. W ten sposób jestem nie tylko obok swoich dzieci, ale i przy nich. Żyję tym, co dla nich ważne. A przez to się przynajmniej duchowo nie starzeję.


    Wiem, że poza scholą, ŚDM, sklepem w Twoim życiu ważne są małżeństwo i rodzina. Oni są pierwszymi recenzentami Twoich projektów.


    O, tak. W tym, co robię, mam pełne poparcie rodziny. Mój mąż Piotrek cieszy się tym sklepem. Taka forma mojej pracy mu odpowiada. Moja najstarsza córka wymyśla mi hasła do koszulek, w których wszyscy chodzimy. Nikt z nas nie boi się i nie wstydzi świadczyć. Skrzydeł dodaje mi przede wszystkim mąż, który bardzo we mnie wierzy. On nigdy nie miał problemu z przyznawaniem się do wiary. To jest Boży człowiek, który za wszystko dziękuje Bogu. Tak też postrzegają go nasze dzieci. Nasza córka Emilka, idąc do bierzmowania, powiedziała, że największym autorytetem w kwestii wiary jest dla niej jej ojciec. Dlatego też poprosiła go, by był świadkiem na jej bierzmowaniu. Z taką ekipą chce się nie tylko iść, ale i biec do nieba.•


    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół