• facebook
  • rss
  • Gdy Alinka weszła, dzieci biły brawo

    Magdalena Szymańska-Topolska

    |

    Gość Łowicki 08/2016

    dodane 18.02.2016 00:00

    Repatrianci w Łowiczu. – Moim wielkim pragnieniem był powrót do Polski. Miałam nadzieję, że coś temu krajowi dam z siebie – mówi Irena Anglikowska.

    Jeszcze wiele tysięcy Polaków czeka – głównie w Kazachstanie – na zaproszenie z Polski, by móc osiedlić się w ojczyźnie swoich ojców, którą także uważają za swoją. Łowicz znajduje się w czołówce samorządów, które już od 20 lat im to umożliwiają. Obecnie w mieście mieszka 11 takich rodzin. Wśród nich znajdują się państwo Biali i Irena Anglikowska z rodziną.

    Toczka 13

    Cztery miesiące temu do Łowicza przybyli Irena Anglikowska i Oskar Ospanow. Ich córka Alina studiuje stosunki międzynarodowe na Uniwersytecie Łódzkim, a syn Rustam uczy się w klasie maturalnej w jednym z warszawskich liceów. Chce studiować architekturę na Uniwersytecie Warszawskim. Rodzeństwo przybyło do Polski dwa lata temu. – Nie baliśmy się wysłać dzieci samych. Nie chcieliśmy, by po latach miały pretensje, że coś im się w życiu nie ułożyło przez nas – mówi pani Irena.
    Sama jest z wykształcenia chemikiem, a jej mąż pracował na kolei. Ma uprawnienia maszynisty. Jak każda repatriowana rodzina, otrzymali wyposażone mieszkanie. Teraz szukają pracy. Nie jest to łatwe, ponieważ jeszcze nie mówią płynnie po polsku, choć wszystko rozumieją. Mają wspaniałych sąsiadów. Na małżeństwo Jadwigę i Jerzego, którzy mieszkają dwa piętra wyżej, zawsze mogą liczyć.

    Gdy pani Irena opowiada o losach swojej rodziny, z trudem powstrzymuje łzy. Był 1936 rok, kiedy jej bliscy zostali zesłani z terenów dzisiejszej Ukrainy do Kazachstanu. Jej mama urodziła się rok później. Na spakowanie się mieli dwie godziny. Rodzina mamy miała szczęście – gdy dotarli na miejsce, zamieszkali w jakiejś chacie. Krewnych ze strony ojca natomiast wywieziono w szczere pole. Był październik, lada dzień mógł spaść pierwszy śnieg. Żołnierz rosyjski wbił w ziemię drewniany kołek i powiedział: „Od dziś tu będziecie mieszkać!” Rosjanie zwali to miejsce „punkt” (po rosyjsku „toczka”) numer 13. W promieniu kilkudziesięciu kilometrów nie było innej wioski. By ochronić się przed chłodem, Polacy kopali jamy w ziemi, w których mieszkali.

    Nie meczet i nie cerkiew

    Polaków traktowano jak wrogów ludu. Do 1956 roku nie wolno im było opuszczać wioski bez przepustki, modlić się, mówić po polsku i uczyć języka polskiego. W przeciwnym razie karano więzieniem, zsyłano do łagrów. Ludzie, mimo zakazów – również babcia pani Ireny – odmawiali razem modlitwy w języku polskim po kryjomu, zawsze w innym domu. To był ostatni bastion ich wolności. – Urodziłam się kilka lat po jej śmierci. Mama mówiła, że była bardzo religijna i spokojna. Nie złorzeczyła, tylko ciągle modliła się, by wszystko było dobrze. Gdy jeszcze byłam mała, pomyślałam sobie, że chcę być taka, jak ona. Nie chciałam, by to wszystko wraz z nią umarło. Dlatego moim wielkim pragnieniem był powrót do Polski. Miałam nadzieję, że coś temu krajowi dam z siebie – mówi pani Anglikowska.

    Pamięta też, jak dziadek brał ją na kolana, kiedy nie miała jeszcze 10 lat, i recytował jej wiersze po polsku. Ostoją jest dla niej wiara w Boga, którego obecności osobiście doświadcza. – Mój mąż jest muzułmaninem. Byłam w meczecie i w cerkwi prawosławnej, ale dopiero w kościele poczułam pokój i że „to jest właśnie to”. Pewnego razu zabrałam na nabożeństwo moją bratową. Ona poczuła to samo. Dziś jest katoliczką – opowiada.

    Inwazja w hidżabach i bluźnierstwa

    Większość ludności w Kazachstanie stanowią muzułmanie. – Są dobrzy i bardzo gościnni, ale tych z zakrytą twarzą, w hidżabach, jeszcze kilka lat temu tam nie było. Ci są agresywni. Mówili wprost, że nie będziemy mieli tam łatwego życia, bo ich będzie coraz więcej. Mojego męża traktowali jak niewiernego, bo ma żonę Polkę i katoliczkę. Wśród nich nie spotkałam żadnego dobrego człowieka. Bardzo się ich baliśmy. Bali się ich kazachscy muzułmanie – opowiada z przerażeniem pani Irena. Bardzo ostrożni wobec muzułmańskich uchodźców są także państwo Alesja i Sergiej Biali, którzy w Łowiczu mieszkają od dwóch lat.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół