• facebook
  • rss
  • Gdy „małpki” sięgają po umilacze...

    Agnieszka Napiórkowska

    |

    Gość Łowicki 09/2016

    dodane 25.02.2016 00:00

    Wywiad. O kryzysach małżeńskich, lekarstwach, które trzeba zaaplikować, i związkach do naprawy, a nie wymiany, z ks. Robertem Awerjanowem, duszpasterzem Ekip Notre-Dame,

    Agnieszka Napiórkowska: Każdy Wielki Post jest zaproszeniem do refleksji nad własnym życiem i do podjęcia „programu naprawczego”. Obecny jest szczególny, ze względu na rocznicę chrztu Polski i Jubileusz Miłosierdzia. W jaki sposób Kościół dziś chce służyć współczesnym Ewie i Adamowi?

    Ks. Robert Awerjanow: Synod o Rodzinie, który niedawno się zakończył, dał praktyczną wskazówkę Kościołowi, w jaki sposób powinien on służyć małżeństwom i rodzinom. Wskazał, że – po pierwsze – powinien on towarzyszyć, po drugie – słuchać, a po trzecie – integrować małżeństwa i rodziny z Kościołem, w czym zawiera się również to, że ma dobrze radzić, czyli ukazywać tę optymalną propozycję, jaką Bóg ma dla człowieka. W Wielkim Poście wyzwaniem dla małżonków i rodzin jest skierowanie swoich oczu i uszu na Chrystusa i odkrycie, że aby życie małżeńskie i rodzinne było udane, trzeba je oprzeć na Chrystusie. On jest fundamentem, skałą, na której trzeba budować relacje i zmaganie o miłość wierną na zawsze.

    Zwrócić swoje oczy na Jezusa to nie tylko wpatrywać się w Niego, ale także postępować jak On. Jak tę prawdę małżonkowie powinni przełożyć na konkrety?

    Kilka lat temu słyszałem świadectwo młodych małżonków z Opola. Kobieta opowiadała historię swojego życia, nawrócenia i podejmowania decyzji o małżeństwie. W swoim świadectwie mocno podkreśliła, że kiedy jej wyobrażenie o małżeństwie, o jej mężu zaczęło odbiegać od pragnień i marzeń, jakie miała, świadoma tego, że podjęła ostateczną decyzję budowania relacji na Chrystusie, klękała do modlitwy. Mówiła: „Jezu, skoro dałeś mi tego człowieka, bym go kochała przez całe życie, to naucz mnie miłości do niego”. Tak się modląc o nawrócenie męża – jak mówiła – sama zaczęła się zmieniać. On zresztą też. To był początek odnowy. Patrzenie na Chrystusa, zwłaszcza w Roku Miłosierdzia, a przez to patrzenie na żonę, męża Jego oczami, uczy, jak być życzliwym, dobrym, okazywać szacunek w słowach i postawie. To także uczenie się umiejętności przebaczania, cierpliwego słuchania i znajdowania czasu dla drugiego. Żyjemy w czasach, w których – zamiast słuchać najbliższych – słuchamy telewizora, muzyki, reklam. Natłok informacji jest ogromny. Kiedy przychodzi cisza, nie wiadomo, co z nią zrobić. Gdy siadamy przy stole, okazuje się, że gdy nie gra telewizor, nie ma o czym rozmawiać. Z tego wynika wiele problemów małżeńskich. Spojrzeć oczami Chrystusa to uczyć się od Niego spotkania z człowiekiem, którego się kocha, to także czynienie dobra w każdej sytuacji. Podpowiedzią i niejako instrukcją obsługi wyjaśniającą, jak żyć jest Ewangelia, z której mąż i żona mają się uczyć człowieczeństwa od Chrystusa – źródła ich miłości.

    Dla wielu wymówką jest zagonienie i brak czasu. A przecież doba osób dbających o małżeńskie relacje, jak i tych, które tego nie robią, jest taka sama.

    Masz rację. Grzechem dzisiejszego człowieka jest kiepskie wykorzystanie czasu. Z jednej strony szybko żyjemy, ale z drugiej – bardzo dużo czasu tracimy na oglądanie telewizji, siedzenie na Facebooku czy surfowanie po internecie. By to zmienić, potrzeba samodyscypliny. Znam kilka rodzin, które świadomie zrezygnowały z telewizora albo mocno ograniczyły jego oglądanie, po to, aby mieć więcej czasu na bycie ze sobą, na wspólne spacery, rozmowy. Rodziny na tym bardzo zyskały. Wielki Post daje trzy narzędzia, takie lekarstwa. Są nimi: post, modlitwa i jałmużna. One pomagają w szukaniu sposobu poprawienia relacji i wzmacnia więzi. Ci, którzy to robią, szybko doświadczają, że bliskość z drugim człowiekiem, a nie otaczanie się gadżetami daje radość życia i poczucie szczęścia. Szczęśliwy dom to ludzie, którzy są ze sobą bardzo blisko, którzy są od siebie zależni w dobrym tego słowa znaczeniu, którzy myślą o sobie, troszczą się o siebie, i którzy wiedzą, że czasem nie trzeba słów, ale codziennych, prostych gestów miłości. Dlatego trzeba tych lekarstw jak najczęściej zażywać. Trzeba sięgać po wyrzeczenia, które są dla nas trudne, ale które czynią nas bardziej wrażliwymi. Bardzo ważna jest też modlitwa, czyli czas wspólnego bycia przed Bogiem, którego jak przyjaciela wprowadza się w nasze sprawy i w to, co przeżywamy. Tak samo jałmużna, czyli ogołocenie, które boli. Ale jałmużna to również danie siebie, swojego czasu, wyrozumiałości, cierpliwości, dobroci, zrozumienia, dzielenia się tym, czego dana osoba potrzebuje.

    Dziś, patrząc na Jezusa podążającego Drogą Krzyżową, jaką lekcję powinniśmy jeszcze odrobić?

    Ja, myśląc o Wielkim Poście, przed oczami mam zawsze nie ukrzyżowanego czy frasobliwego Chrystusa, ale miłosiernego, który jeszcze bardziej rozkłada ręce w geście miłosierdzia. Trzeba nam pamiętać, że nie cierpiętnictwo, nie smutek jest celem. Krzyż zawsze prowadzi do zmartwychwstania. Wyciągnięte ręce Miłosiernego dają nadzieję i otwierają przed człowiekiem perspektywę nowego życia. W tym geście jest wszystko zawarte – i cierpienie, i ból, i smutek, ale też zwycięstwo i miłość. Krzyż nie jest końcem.

    Zatrzymajmy się chwilę przy miłości. Ona dziś wielu kojarzy się tak walentynkowo – z serduszkami, słonikami. A przecież miłość to postawa bezinteresownego daru z siebie.

    Jak czytamy w Konstytucji Duszpasterskiej o Kościele: „Człowiek nie może odnaleźć się w pełni inaczej, jak tylko poprzez bezinteresowny dar z siebie samego”. Obserwując narzeczonych i małżonków, widzę, że dziś ogromną rolę pełni reklamowa zajawka, czyli postawa, że mi się to należy, że mam do tego prawo, że jestem tego wart. Nie tylko w życiu małżeńskim, ale także w kapłaństwie, życiu zakonnym i – oczywiście – w pracy człowiek nieustannie zastanawia się, co będzie miał ze swojego zaangażowania. Czy zostanie dostrzeżony, czy spełni swoje marzenia, pragnienia, tęsknoty. I, oczywiście, z jednej strony jest to normalne, ale nie bez powodów XXI wiek nazywany jest wiekiem egoistów. Każdy z miłości chce wycisnąć jak najwięcej dla siebie. Przez takie nastawienie do małżeństwa czy kapłaństwa wchodzi się z konkretną listą oczekiwań. A kiedy się nie udaje, zaczyna się szukać innej osoby, która zaspokoi te pragnienia. Tak myśląc, ani małżeństwa, ani relacji się nie poprawia, tylko wymienia współmałżonka na nowszy model. A trzeba pamiętać, że w małżeństwo wchodzi dwoje ludzi, którzy do końca się nie znają. Ewangelia uczy, że pierwszą rzeczą, której trzeba się nauczyć, jest słuchanie siebie nawzajem, bez oceniania, ze zrozumieniem. Nie służy temu podsycana przez media walka płci, walka między kobiecością a męskością. A Boży pomysł na małżeństwo i rodzinę pokazuje, że bycie mężczyzną i kobietą jest dopełnieniem w nas tego, co inne, co różne. Każdy daje to, co najlepsze, daje to „Boże wyposażenie”. Trzeba choć trochę zrozumieć, jak funkcjonuje kobieta, a jak mężczyzna. Bez tego małżonkowie nie poznają swojego wewnętrznego świata. Nie zrozumieją się i nie będą potrafili szukać dobrych rozwiązań i zapobiegać sytuacjom konfliktowym.

    Dziś, patrząc na liczbę rozwodów, wolnych związków, chyba nikogo nie trzeba przekonywać, że mamy do czynienia z kryzysem małżeństwa.

    Dziś jest kryzys człowieka, którzy owocuje kryzysem małżeństwa i rodziny. Człowiek nie jest tym, kim powinien być. Jak mówią niektórzy, jest on taką „rozrywkową małpką”, dla której najważniejsze jest pojeść, poleżeć i się zabawić. A z drugiej strony ogromnym dramatem są zniszczone ludzkie więzi i ogromna ludzka samotność. Mimo że wkoło nie brakuje wielu gadżetów do komunikacji.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół