• facebook
  • rss
  • Szkoda, że nie robią USG duszy

    dodane 03.03.2016 00:00

    Wywiad. O powrotach do Boga, sufitowaniu, szatanie nakrywającym kołderką i męskich rozmowach z Jezusem z Piotrem Wasiakiem rozmawia Agnieszka Napiórkowska

    Agnieszka Napiórkowska: Przeżywamy kolejne Wielki Post. Czy ten czas jest dla Ciebie inny niż te, które do tej pory przeżywałeś? Czy fakt, że trwa Rok Miłosierdzia, ma dla Ciebie znaczenie?

    Piotr Wasiak: Tak, jest zupełnie inny. Ten, po długiej przerwie, naprawdę przeżywam. Ładnych kilka lat temu moje drogi z Panem Bogiem się rozeszły. Dla mnie Rok Miłosierdzia, który obecnie trwa w Kościele, zaczął się już w zeszłym roku. 5 listopada miałem bardzo poważną operację serca, ratującą życie. Mam sztuczne zastawki, jakieś obręcze. Nie jestem z wykształcenia medykiem, ale wiem, że była to skomplikowana operacja, tym bardziej cieszę się, że to, co mi zrobiono, działa.

    Jak to wszystko się zaczęło? Jak pamiętam, byłeś pełnym życia i pomysłów mężczyzną, honorowym dawcą krwi, członkiem Stowarzyszenia „Czerwona Pomarańcza”, który angażował się w pomaganie innym. Jednym słowem – okaz zdrowia.

    Też mi się tak zdawało. A wszystko zaczęło się od estetyki (śmiech). Zaczął mi przeszkadzać sporawy brzuszek, dlatego postanowiłem się go pozbyć. Zacząłem chodzić na siłownię. Po roku ćwiczeń brzuch już nie sterczał, zaczęła się rzeźbić klatka piersiowa. A potem zacząłem chudnąć. Na przełomie września i października zeszłego roku dostałem gorączki. A że czas ten związany jest z częstymi zachorowaniami, pomyślałem, że złapałem jakiegoś wirusa albo się przeziębiłem. Sam się leczyłem. Rano, gdy się budziłem, było dobrze, a wieczorem temperatura skakała do 39 stopni. Nie wziąłem L4, bo w pracy był gorący czas. Nie chciałem zawieść szefa. Nagle zacząłem się bardzo męczyć, ale ustąpiła gorączka. Pomyślałem, że to z osłabienia. Któregoś dnia przyniosłem węgiel i nie mogłem złapać tchu. Żona się zdenerwowała i wygoniła mnie do lekarza. Ten zrobił mi EKG. Było książkowe, ale gdy zaczął mnie osłuchiwać, coś mu się nie spodobało. Dostałem skierowanie na USG i echo serca. W trakcie badań wyszło, że mam trzykrotnie powiększoną śledzionę. Badania serca wyszły źle. Natychmiast trafiłem do szpitala. Myślałem, że poleżę dwa, trzy dni i wrócę do domu. Położono mnie na „erce” kardiologicznej. Kiedy chciałem iść do toalety, usłyszałem, że mi nie wolno. Jeszcze do mnie nic nie docierało. Przecież przyszedłem tu na własnych nogach. Zaskoczony leżałem, „sufitując”. Dużo myślałem. Czułem, że za bardzo koło mnie chodzą. Nikt mi nic nie mówił. Na każde pytanie dostawałem wymijającą odpowiedź. Po trzech dniach dowiedziałem się, że jadę do Warszawy. Nie dopytywałem. Widziałem przerażone oczy żony i matki. W szpitalu MSWiA uspokajali. Dostałem leki, po których zrobiło mi się dobrze. Jak się okazało, było to już przygotowanie do operacji, która odbyła się następnego dnia rano. Jedna z lekarek powiedziała mi, że jeśli mnie nie zoperują, mam od dwóch tygodni do roku życia. Operacja trwała 9 godzin.

    W którym momencie przypomniałeś sobie o Bogu? Podczas sufitowania czy dopiero po operacji?

    Kiedy mnie wieźli do sali i zobaczyłem lampy na suficie, po raz pierwszy przypomniałem sobie, że ktoś taki jak Bóg istnieje. W myślach zacząłem z Nim rozmawiać, mówiąc, że nie mogę teraz umrzeć, że mam małe dzieci, żonę, niedokończone rzeczy i niezły bajzel w życiu. To był moment zatrzymania się. Kiedyś, przed laty, byłem ministrantem, lektorem, byłem związany z Kościołem. Ale odszedłem, uznając, że bez Boga będzie mi lepiej, łatwiej. Przed operacją sobie o Nim przypomniałem. Kiedy się obudziłem, pamiętałem sen, wizję. Nie wiem, jak to nazwać. Widziałem siebie leżącego w sali operacyjnej, obok była kołderka z małych szatanów, które były z sobą powiązane. Stojący obok mnie szatan tę kołderkę na mnie naciągał. Widziałem też anioła z włócznią, który, kłując diabła, krzyczał „Zostaw go, on nie jest twój!”. Gdy się obudziłem i pozbierałem, zaczęły do mnie wracać te wizje. Przypominało mi się, że ktoś mnie bronił. Leżąc, włączyłem myślenie. Zacząłem się zastanawiać, kim jestem i jaki jestem. Poczułem, że coś ważnego po drodze zgubiłem. Kiedy mogłem już chodzić, niby całkiem przypadkiem trafiłem na kaplicę. Wszedłem. Patrzę, a tu full wypas – czynne całą dobę. Nikogo nie ma. Usiadłem, ale jak się z kimś nie rozmawia i się Go nie zna, to za bardzo nie ma o czym gadać. Milczałem, bo nie miałem co powiedzieć, On milczał, bo szanował moje milczenie. Posiedziałem z godzinę i wróciłem na oddział. W sali dotarło do mnie, że tam, w kaplicy, było mi dobrze, że wcale mnie ta święcona ziemia w stopy nie paliła, że nie płonęło na mnie ubranie. Coś zaczęło się zmieniać. Kiedy przewieziono mnie do Skierniewic, położono mnie w sali obok kaplicy. Zacząłem wokół niej krążyć. Wieczorami choć na chwilę tam zaglądałem. Z dnia na dzień spędzałem w niej coraz więcej czasu. Podczas rozmów przestałem być roszczeniowy. Dziękowałem. Uświadomiłem sobie, że roszczenia przed laty wywiodły mnie w pole.

    Potem zaczęło do Ciebie docierać, że Pan Bóg Cię ocalił, że wiele mu zawdzięczasz?

    Jakbyś zgadła. Pierwsza, która mi to powiedziała, była pani doktor z kardiologii. Widząc mnie w coraz lepszej formie, przyznała, że bardzo się o mnie bała – że operacja może się nie udać, że mogę umrzeć. Zapytałem ją, kiedy będę mógł wrócić do pracy. Odpowiedziała, że na stanowisko, które zajmowałem, nigdy. Zacząłem się martwić. Dziś nie wiem jeszcze, jak będzie – czy w Instytucie Ogrodnictwa, w którym pracuję, znajdzie się dla mnie inna praca, ale widząc, co robi z moim życiem Jezus, jestem spokojny. Teraz dostaję 80 proc. pensji, doszły wydatki związane z wykupem leków, a mimo to pieniędzy nam starcza. Stopa życiowa się nie obniżyła. Wierzę, że On mi powie, co mam robić. Teraz wiem, że mam się leczyć. Wierzę, że gdy wyzdrowieję, On zdrowemu chłopu nie pozwoli leżeć.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół