• facebook
  • rss
  • Nic już nie jest takie samo

    Agnieszka Napiórkowska

    |

    Gość Łowicki 29/2016

    dodane 14.07.2016 00:00

    Trzech mieszkańców powiatu kutnowskiego po ponadmiesięcznej morderczej jeździe dotarło najpierw na rowerach do Santiago de Compostela, a potem do Fatimy. Dwóch z nich kilka lat wcześniej na swoich jednośladach zdobyło Rzym.

    Leszek Łopata, Andrzej Michalski i Jakub Piórkowski w drogę wyruszyli 13 maja, po porannej Mszy św. w kościele MB Wspomożenia Wiernych w Kutnie. Data startu nie była przypadkowa. 13 maja to dzień objawień fatimskich, a także dzień zamachu na papieża Jana Pawła II, a później jego pielgrzymki dziękczynnej do Fatimy. Obierając świętego papieża za patrona podróży, trudno było znaleźć lepszą datę na rozpoczęcie wyprawy. Po 40 dniach i pokonaniu ponad 4 tys. km Leszek, Andrzej i Kuba osiągnęli cel – zgięli kolana przed Matką Bożą Fatimską, a wcześniej przy grobie św. Jakuba.

    Droga jak tajemnice Różańca

    Wszyscy trzej mężczyźni są zaprawionymi cyklistami. Wszyscy też motywację czerpali z intencji, w jakich podróżowali. Wspólnymi były dziękczynienie za życie św. Jana Pawła II, prośba o pokój na świecie i o dobre owoce Światowych Dni Młodzieży. Każdy miał też ukryte głęboko w sercu własne prośby. Przed startem mężczyźni byli świadomi, że wyprawa nie będzie łatwa. Przez 40 dni ich droga nawiązywała do tajemnic Różańca. We wszystkich gościnnych domach obecność pielgrzymów wywoływała poruszenie i wiele emocji. W drodze nie brakowało też tajemnic bolesnych. Ciągłe ulewy i burze, nieustanna jazda pod górę, nawałnica gradowa niczym kamienowanie i gigantyczne zmęczenie. Na szczęście nie ominęły ich także tajemnice chwalebne i światła. Zwieńczeniem podróży było spotkanie w Fatimie z Matką Bożą. Podróż biegnąca Szlakiem św. Jakuba odbywała się pod hasłem: „Bogaty w miłosierdziu swoim Bóg”. Specjalnie na wyjazd zostało opracowane logo, w którym znajdowały się m.in. muszla i rower. Wyruszenie w drogę było pewnego rodzaju wyjściem na pustynię, rekolekcjami dla twardzieli pozwalającymi zbliżyć się do Boga i ludzi, niezwykłą podróżą w głąb serca i duszy. O tym, że tak było, świadczy choćby refleksja A. Michalskiego, którą umieścił na swoim facebookowym profilu tuż przed powrotem do Polski: „»Podróżowanie jest brutalne. Zmusza cię do ufania obcym i porzucenia wszystkiego, co znane i komfortowe. Jesteś cały czas wybity z równowagi. Nic nie należy do ciebie poza najważniejszym – powietrzem, snem, marzeniami, morzem i niebem«. Zgadzam się ze słowami, jakie wypowiedział Cesare Pavese, włoski poeta, tłumacz, włóczęga. Mogę dodać tylko jeszcze, że podróże otwierają oczy na świat, na drugiego człowieka, na chwile ważne, które się dzieją tu i teraz, pokazują, jak niewiele potrzeba, żeby żyć, tak po prostu, i umieć cieszyć się z tej jednej niepowtarzalnej chwili”.

    Muszle i obite plecy

    Mordercza wyprawa pełna była niezwykłych spotkań, doświadczeń, przeżyć. Najdłuższy etap mężczyźni pokonali pierwszego dnia – łącznie155 km. Później trasa liczyła ok. 100 km dziennie. Pierwszego noclegu udzielili cyklistom w Miłosławiu Jolanta i Zbigniew Janczakowie, którzy opiekują się Szlakiem św. Jakuba. Tam pielgrzymi dostali muszle i specjalne paszporty do zbierania pieczątek, na podstawie których już w Santiago de Compostela przyznano im certyfikat odbycia pielgrzymki. Trasa biegła przez Niemcy, Belgię, Francję, Hiszpanię do Portugali. Dla porządku została podzielona na trzy etapy. Pierwszy – do Lourdes, drugi – do Santiago de Compostela, a trzeci – do Fatimy. Po drodze cykliści odpoczywali m.in. w Rzepinie, w którym pan Leszek dwa razy był na koloniach. Niestety, w wakacyjnej miejscowości cyklistów powitała burza, podczas której grad zasypał im rowery. Bolesne spotkanie z gradobiciem było także 27 maja. – Dla mnie to był bardzo trudny dzień, w którym czułem, że śmierć zagląda mi w oczy – wyznaje pan Leszek. – Najpierw jechaliśmy w upale, co po ciągłych deszczowych dniach było bardzo przyjemne. Radość nie trwała długo. Pięliśmy się w górę. W oddali widzieliśmy ulewę. Liczyliśmy, że do nas nie dojdzie. Za chwilę była już przy nas. To był jakiś tajfun, trąba powietrzna. Ulewa i grad zepchnęły nas do rowu. Gradowe kule waliły po naszych kaskach i ciele. Zerwałem sakwę, żeby się nią nakryć. Z powodu bólu i wiatru nie byłem w stanie jej utrzymać. Uderzenia w ręce były tak silne, że wyłem z bólu. Myślałem, że to są moje ostatnie chwile na ziemi. Jeden z kierowców się zatrzymał. Chciał wezwać pogotowie. Odmówiliśmy. Ostatecznie nikt mocno nie ucierpiał. Byliśmy tylko poobijani i posiniaczeni. Ja miałem dziurę w bidonie, a Andrzej w bucie – opowiada pan Leszek. Po takim doświadczeniu ciągle padający deszcz i coraz ostrzejsze podjazdy nie są już dramatem. Siłę i determinację daje cel. A ten z każdym dniem był coraz bliższy.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół