• facebook
  • rss
  • Mało gadać, dużo robić

    Agnieszka Napiórkowska

    |

    Gość Łowicki 33/2016

    dodane 11.08.2016 00:00

    Jak w ciągu kilku czy kilkunastu dni zostać aniołem? Wiedzą to dorośli wolontariusze, którzy pracowali charytatywnie przy budowie i obsłudze Łowickiego Miasteczka. Uczestnicząca w ŚDM młodzież widziała ich skrzydła.

    Tak pracowitego urlopu dawno nie mieli. Każdego dnia od rana do świtu najpierw zamieniali pole uprawne na pole namiotowe, potem przez tydzień w różnych miejscach i przy różnych pracach posługiwali młodzieży, kapłanom i siostrom zakonnym. Wyjazd uczestników ŚDM nie oznaczał końca ich pracy i służby. Jeszcze przez tydzień sprzątali teren, pakowali przywieziony sprzęt, zwijali postawioną wcześniej kaplicę, kuchnię, scenę. Wiele godzin zajęło im także wykopanie położonych rur i kabli. Większość dorosłych wolontariuszy dobrze się znała. Pochodząca ze Skierniewic i Żyrardowa ekipa od lat stanowi nieformalną grupę skupioną wokół ks. Adama Bednarczyka, którego ordynariusz łowicki ustanowił diecezjalnym koordynatorem ŚDM.

    Poza cyklicznymi spotkaniami większość z nich od lat, w lipcu, spędzała wspólnie kilka dni w górach. W tym roku na prośbę swojego duszpasterza wypoczynek zamienili na ciężką pracę i posługę. Poproszeni o pomoc, nie odmówili. Dla wielu czas ten był okazją do duchowego wzrostu i cementowania relacji. – Pomysł wyjazdu na „kwaterkę” bardzo mi się spodobał. Pomyślałem, że będzie to spora odmiana, inny sposób spędzenia urlopu i uczestnictwa w czymś ważnym. Potem, zadając sobie pytanie, dlaczego chcę pojechać, zacząłem „dorabiać filozofię” – uśmiecha się Jarosław Danelski. – Zawsze pociągała mnie zasada benedyktyńska „módl się i pracuj”. Służba w miasteczku jawiła się jako świetna okazja, by przez jakiś czas spróbować nią żyć. Potem pojawił się pomysł, by uwielbić w ten sposób Pana i podjęty trud ofiarować w konkretnych intencjach. Tak się stało. Ciężka praca fizyczna przy budowie i rozbiórce miasteczka oraz skromne warunki bytowania nie były dla Jarka wielkim wyzwaniem. Jest do tego przygotowany i z radością korzysta z okazji, by pożyć na małym metrażu z minimalną liczbą rzeczy, które można upchnąć w plecaku. Nie znaczy to jednak, że czas spędzony w Śledziejowicach był sielanką. – Trudności, które napotkałem, pojawiły się w sferze mentalnej, podczas pobytu uczestników ŚDM. Służba drugiemu człowiekowi, zwłaszcza pracą, która nie należy do prestiżowych, jest w pewnym aspekcie trudna. Sprzątanie kontenerów prysznicowych, zbieranie śmieci czy przegląd toalet to prace proste, ale wymagające pokory. Spotkałem się z grupą kilkuset osób, z których każda miała jakieś przyzwyczajenia i oczekiwania. Większość uczestników miała świadomość ograniczeń związanych z pobytem na polu namiotowym, ale byli też tacy, którzy sprawiali wrażenie, jakby tego nie rozumieli. Był to więc dla mnie czas zmagania się ze sobą. Nie jestem osobą pokorną, bywam zgryźliwy, mam skłonność do komentowania zachowania innych osób... Śledziejowice były świetną szkołą pokory. Starałem się mało gadać, a dużo robić i powstrzymywać się od wydziwiania – wyznaje Jarek.

    Służba w kuchni i czas spędzony w miasteczku był ważnym doświadczeniem także dla Elżbiety Różańskiej i Anny Miklaszewskiej. – To były bardzo pracowite, ale i wyjątkowe chwile – mówi Anna. – Będąc tam, mogłam poczuć smak dawnych górskich obozów, podczas których czułam bliskość Boga i ludzi. Wspólne spotkanie i czuwanie z papieżem razem z moimi dziećmi, ale i moimi bliskimi, którzy ponad 20 lat temu rozpoczynali przygodę przyjaźni z Bogiem, były spełnieniem i wynagrodzeniem za wszelkie trudy i niewygody. Mam jeszcze wiele oczekiwań i nadziei na owoce tego czasu – mówi A. Miklaszewska. W superlatywach o pobycie wypowiada się także Ela. – Kiedy trzy lata temu padło hasło o organizowaniu „kwaterki”, byłam na „tak”. Dziś wiem, że była to dobra decyzja. Mimo trudu było warto. Atmosfera i porozumienie między ekipą były super. Mężowie chodzili jak mrówki. Każdy wiedział, co ma robić. Posługując, poczułam się o wiele lat młodsza. Cieszyła mnie też postawa większości młodzieży, która wiedziała, po co przyjechała. Wspólne Eucharystie, konferencje, czuwania i otwartość dawały radość. Ważne były też słowa papieża. Jestem bardzo wdzięczna Bogu, że postawił mnie w tym miejscu – cieszy się E. Różańska. Pracę i trud dorosłych doceniła łowicka młodzież, pisząc na Facebooku „Z Rio do Krakowa”: „Podczas kiedy mieszkańcy miasteczka wrócili już do swoich domów, nasze ciche Anioły wciąż pracują! To właśnie ci ludzie stworzyli Miasteczko Łowickie pod Krakowem. To oni posługiwali nam codziennie, dbając o posiłki, warunki sanitarne, łączność ze światem, a przede wszystkim dbali o to, byśmy mogli poczuć się jak w domu. Nie ma słów, które wyraziłyby naszą wdzięczność dla naszych Aniołów. Kochana »Kwaterko« – kochane Anioły – dziękujemy!”.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół