• facebook
  • rss
  • Mógłbym o nim mówić kilka dni

    Agnieszka Napiórkowska

    |

    Gość Łowicki 34/2016

    dodane 18.08.2016 00:00

    O talencie, niezwykłej wnikliwości i wiedzy XVIII-wiecznego rzeczyckiego proboszcza mówi amerykański profesor Oscar E. Swan.

    Agnieszka Napiórkowska: Skąd u amerykańskiego profesora zainteresowanie ks. Jędrzejem Kitowiczem?

    Oscar E. Swan: Moja przygoda z ks. Kitowiczem to dziwny przypadek. Zajrzałem jednego dnia do Internetowej Biblioteki przy Uniwersytecie Gdańskim i znalazłem tam nazwisko XVIII-wiecznego pisarza Kitowicza, które było mi nieznane. Zerknąłem do jego pracy, w której znalazłem około 50 różnych rozdziałów. Każdy napisany oddzielnie, bez żadnego wątku. Najpierw sięgnąłem po rozdział o torturach w XVIII wieku w Polsce. Przeczytałem tam bardzo dużo ciekawych rzeczy. Natychmiast zabrałem się do tłumaczenia tego na język angielski. Później okazało się, że ten rozdział jest jedyny, który kiedyś był przetłumaczony. Czytając inne rozdziały, jeszcze bardziej się nimi ekscytowałem. Dlatego też postanowiłem przetłumaczyć te, które mnie interesowały z punktu widzenia literackiego. Czytając, nieraz śmiałem się w głos. Ks. Jędrzej miał niezwykłe poczucie humoru, zwłaszcza na tle innych pisarzy. Warto dodać, że XVIII wiek, gdy idzie o tłumaczenie polskich pisarzy na angielski, to biała plama. Oprócz przekładów Ignacego Krasickiego, nie ma żadnych. By temu zaradzić, znalazłem wydawcę, który nie tylko zgodził się na moje tłumaczenie, ale także chciał, bym przetłumaczył znacznie więcej niż planowałem, by to było interesujące nie tylko dla literaturoznawców, ale także dla historyków. Oni też nie mają żadnego materiału z tego wieku. Nad tłumaczeniem pracuję ostatnie dwa lata. Kitowicz pisze bardzo trudnym językiem.

    Z tego, co wiem, książka ukaże się już niebawem. Co w niej znajdziemy?

    Poza tłumaczeniem wybrałem także różne ilustracje i fotografie. Będzie też długi wstęp, który teraz ciągle poprawiam. Większość bowiem osób nie ma pojęcia o tym, kim on był, co zrobił i jak wygląda na tle polskiej literatury. Zresztą, co tu dużo mówić, on jest też mało znany w Polsce. Przekonałem się o tym, pisząc do dwóch profesorów z Uniwersytetu Jagiellońskiego. Obaj, oczywiście, wiedzieli, kim on był, ale przyznali, że nie znają się zbyt dobrze na nim. Muszę przyznać, że trochę mnie dziwi. On zasługuje na to, by się nad jego tekstami pochylać. Tłumaczenie sprawi, że jego kunszt, wiedzę i niezwykłe opisy pozna szersze grono. Dlatego też jestem bardzo zadowolony z tej pracy.

    Pracując nad tłumaczeniem, odwiedza Pan różne miejsca związane z ks. Kitowiczem. Jak Pan odnalazł Rzeczycę?

    Nikt z moich znajomych nie wie, gdzie jest Rzeczyca (śmiech). A ja mogłem tu przyjechać. To coś niesamowitego! Kiedy byłem w Krakowie, w Akademii Umiejętności, powiedziano mi, że muszę tam pojechać i zobaczyć się z ks. Henrykiem Linarcikiem, który jest największym entuzjastą tego pisarza. Wielkim zaszczytem było dla mnie poznanie księdza proboszcza i zobaczenie różnych pamiątek związanych z ks. Jędrzejem w Rzeczycy. Wrażenie zrobiły na mnie jego ornat, wpisy w księgach parafialnych, a także fakt, że w tym miejscu już niebawem powstanie jego muzeum. Cieszę się, że w ostatnich tygodniach ks. Henryk założył Fundację „Centrum ks. Jędrzeja Kitowicza”, której jednym z zadań będzie upowszechnianie wiedzy o życiu i twórczości literackiej XVIII-wiecznego dziejopisa.

    Co najbardziej Pana fascynuje w ks. Kitowiczu?

    Na to pytanie mógłbym odpowiadać kilka dni. Jednym zdaniem powiem, że jego niezwykła wiedza, bystrość, wnikliwość, pamięć. Zastanawiam się, w jaki sposób zbierał wszystkie doświadczenia. Jego wiedza w różnych dziedzinach, takich jak sądownictwo, zwyczaje, współczesna moda, a także historia, jest imponująca. On jest nieporównywalny z nikim. Wystarczy przeczytać rozdział choćby o wspomnianych torturach czy o stroju męskim. Kto potrafi o tym tak mówić?

    A jak zaczęła się Pańska przygoda z Polską, z naszym językiem?

    Pierwszy raz byłem tu w 1968 roku, kiedy w Polsce dużo się działo. Byłem wtedy na stypendium na Uniwersytecie Warszawskim. Jestem absolwentem Uniwersytetu Kalifornijskiego. Moim profesorem był m.in. Czesław Miłosz. Na początku zajmowałem się językiem rosyjskim, ale łatwiej było – z powodu mniejszej konkurencji – zdobyć stypendium, ucząc się języka polskiego. Muszę więc przyznać, że z początku wybrałem go ze względów ekonomicznych. Stypendiów było dużo. To także efekt pewnego zdarzenia. Kiedyś, gdy w waszym kraju był nieurodzaj, Amerykanie przekazali Polsce zboże. Polska spłacała te długi, ofiarowując stypendia amerykańskim studentom. Można więc powiedzieć, że amerykańskie zboże dało mi studia w Polsce. Potem często tu powracałem, pracując już na uniwersytecie w Stanach. Kiedy mój syn ukończył studia, znalazłem mu pracę w Krakowie. Jest lektorem języka angielskiego i ekonomistą. Będąc tu, zakochał się w krakowiance i tu został. To teraz daje mi jeszcze inny powód, by tu przyjeżdżać. Trudno policzyć, ile lat byłem łącznie w Polsce. Od 40 wykładam język polski dla początkujących.

    Tłumaczenie ks. Kitowicza to niejedyna książka przybliżająca Polskę i jej język, jaką Pan napisał?

    To prawda. Wydałem różne gramatyki. Napisałem też „Kaleidoscope of Poland”, w którym znajduje się podstawowa wiedza o Polsce. To leksykon składający się z krótkich artykułów dotyczących współczesnej kultury kraju, jego bogatej historii, determinacji w walce o wolność. Niestety, nie ma w niej hasła „Kitowicz”. Kiedy się nim zachwyciłem, „Kalejdoskop” był już gotowy. Udało się jedynie dedykować mu tę książkę. Od 14 lat „piszę gramatykę języka polskiego”. To kolejne dzieło, które – mam nadzieję – ukaże się już niebawem.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół