• facebook
  • rss
  • Opłatek wyzwala wspomnienia

    Marcin Kowalik

    |

    Gość Łowicki 51/2016

    dodane 15.12.2016 00:00

    – Niektórzy nie wiedzą, jak odpowiedzieć na pozdrowienie chrześcijańskie. A niektórzy czekają z talerzykiem – mówią klerycy łowickiego seminarium.

    Alumni Wyższego Seminarium Duchownego w Łowiczu z początkiem grudnia wychodzą na ulice miasta, zachodzą również do domostw przylegającej do niego wsi Zielkowice. Pukają do drzwi, dzwonią domofonami. Reakcje na słowa: „Szczęść Boże! Jestem klerykiem, przyniosłem opłatek” są różne. Na szczęście więcej jest tych pozytywnych, czasem nawet humorystycznych.

    Zaskoczone mieszczuchy

    Kilka lat temu ówczesny proboszcz parafii katedralnej w Łowiczu ks. Wiesław Skonieczny zaproponował, żeby opłatki w okresie przedświątecznym na terenie parafii katedralnej roznosili klerycy. Obecny proboszcz ks. Robert Kwatek podtrzymał ten zwyczaj. Do takiej wyprawy trzeba się solidnie przygotować. Pakowanie ponad 3 tys. opłatków grupie alumnów zajęło kilka godzin. Na ten czas sala wykładowa zamieniła się w małą manufakturę. „Towar” został przyniesiony od sióstr bernardynek z łowickiego klasztoru. Ich opłatkarnia jest słynna na całą okolicę.

    – Podejście do przyjęcia bożonarodzeniowego opłatka różni się na wsi i w mieście. Mieszkańcy starszej części Zielkowic czekają z talerzykiem. Podchodzą do tego z większym szacunkiem. W mieście częściej spotyka się przekazywanie z ręki do ręki – mówi kl. Łukasz Blados. Inne są również reakcje, bo najczęściej mieszczuchy są zaskoczone wizytą kleryków. – Zdarzyło mi się w blokach, że kilka osób reagowało: „O mój Boże! Ksiądz!”. W tym roku nie przydarzyło mi się, co prawda, że ktoś pomyślał, iż to wizyta kolędowa, ale wcześniej owszem. Nawet przepraszano mnie za nieprzygotowanie kropidła. Po takiej sytuacji jeden z kolegów miał kiedyś ochotę – dla żartu – odegrać taką wizytę. W ostatniej chwili się powstrzymał – mówi kleryk Łukasz.

    Przyznaje, że pierwsze wyjścia z opłatkami dużo go kosztowały. – Potrzeba odwagi, żeby wyjść do ludzi. Miałem na przykład obawy, czy grupki młodzieży, które mijałem, nie zaczną jakoś nieprzyjaźnie reagować na widok sutanny. Może niepotrzebnie, bo nic złego się nie wydarzyło. Staram się traktować te wyjścia jako spotkanie z człowiekiem, a nie tylko wręczenie opłatka, bo każdy kontakt z drugim jest dobry i przydatny. Oczywiście, o wiele przyjemniejsze jest, gdy spotykam się z serdecznością. Gdy dzwonię domofonem do mieszkania na ostatnim piętrze i słyszę radosne: „Tak, czekamy!”, dostaję dodatkowych sił. Aż chce się iść po schodach na samą górę – dodaje.

    Uwaga na przebierańców

    Pozytywne nastawienie do roznoszenia opłatków to podstawa. – Wiele osób nie jest związanych z Kościołem. Da się zauważyć, że krępuje je widok mojej sutanny. Niektórzy nie wiedzą, jak mają odpowiedzieć na pozdrowienie chrześcijańskie. Wystarczy uśmiechnąć się i powiedzieć wprost, o co chodzi. To załatwia sprawę. Zdarzają się różne sytuacje. Usłyszałem: „Proszę księdza, nie ma czasu, nie mam pieniędzy, nie mogę ich nawet znaleźć”. Rozumiem to. Tłumaczę: „Proszę wziąć opłatek, a jeśli pan będzie chciał, to ofiarę proszę złożyć w kościele czy na tacę”. Nie dziwię się ludziom, mają tyle pracy i obowiązków, wychowują dzieci, wnuki. To nie jest tak, że są nam obce ich problemy – mówi kl. Adrian.

    Roznosząc opłatki, zauważył, że mężczyźni są bardziej wycofani. – Panowie stoją jak wryci, oniemiali. Zazwyczaj mówią: „Zawołam żonę” albo „Kochanie, chodź tutaj, bo ksiądz przyszedł”. Miałem przypadek, że około 60-letni mężczyzna wzywał na mój widok swoją mamę. Panie są zdecydowanie śmielsze – dodaje.

    Alumni są zgodni: takie doświadczenia dużo im dają. – Ogólnie złego słowa nie mogę powiedzieć na to, jak nas ludzie przyjmują. Nawet osoby, które nie chodzą do kościoła. Myślę, że opłatek wyzwala w nich dobre wspomnienia związane z Bożym Narodzeniem – opowiada kl. Jakub Kita. – Widzimy, jak różna sytuacja materialna jest w domach. Nawet bieda. Paradoksalnie zazwyczaj największe ofiary są z domów, gdzie się nie przelewa. Jest dużo osób samotnych. Potrzebują kontaktu i tego, żeby je wysłuchać. Otworzyła mi drzwi 90-letnia kobieta. Przez dwie minuty opowiedziała całe swoje życie.

    Najtrudniejsze zadanie mają najmłodsi alumni. Nie noszą jeszcze sutann. – Ludzie czasami nieufnie na nas patrzą Zdarzyło się, że musiałem się wylegitymować. Jednej z pań udowodniałem, że nie podszywam się pod kleryka – mówi Bartłomiej Jaska, alumn I roku. Jego kolega kursowy miał podobne sytuacje. – Dwa razy się legitymowałem. Ta nieufność to całkiem normalne reakcje. Ludzie chcą wiedzieć, na co i komu przeznaczają ofiarę. Poza tym w telewizji przestrzegano przed oszustami – mówi Piotr Ornafa. Tych, którzy zostali oszukani, trudno jest przekonać. – Moja sutanna w jednym domu nic nie dała. Pani, z którą rozmawiałem, i tak uważała, że jestem przebierańcem – dodaje kl. Jakub.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół