• facebook
  • rss
  • Babki z glinianej formy

    Maria Grabowska

    |

    Gość Łowicki 15/2017

    dodane 13.04.2017 00:00

    W domu Zofii Mycki od tygodnia rozchodzą się świąteczne zapachy. Mazurki i babki wielkanocne już gotowe. Cytrynowe i waniliowe aromaty przydadzą sie jeszcze do sernika. Dom wysprzątany od dachu po piwnice. To najważniejsze święta w roku.

    Pani Zofia ze Strzelcewa pod Łowiczem to znana w regionie prawdziwa mistrzyni gotowania. Jej pierogami zajadają się goście niejednego święta, a łowicki barszcz zdobył wiele nagród. Nie ma kulinarnego konkursu bez udziału tej kucharki. Trudno zliczyć dyplomy, nagrody i podziękowania w jej domowym archiwum. Najczęściej wspomina, jak w Warszawie podczas jednego z konkursów prymas Glemp zachwycił się jej wielkanocnym babami.

    Ciasto ze smalcem

    Odwiedzamy panią Zofię przed Świętami Wielkanocnymi. Od progu wita nas zapach pieczonych ciast i innych świątecznych potraw. Pani Zosia zawsze wszystko na święta przygotowuje sama. Poważne przygotowania, żeby ze wszystkim zdążyć, należy zacząć tuż po Palmowej Niedzieli. Trzeba upiec różne ciasta i ciasteczka, makowce, mazurki i babki: piaskowe, czekoladowe, cytrynowe. Form do ciasta w domu nie brakuje. Są te kupione dzisiaj w sklepie, ale są też dawne, gliniane, w których piekła babki na święta jeszcze mama. – Tamte formy są lepsze – kiwa głową pani Zofia. – A babki takie ładne z nich wychodzą, że słów braknie – rozmarza się. Ciasta można przygotowywać wcześniej bez obawy, że do świąt nie doczekają. Nasza rozmówczyni zdradza nam też swoje sekrety. – Do ciasta trzeba dodawać odrobinę smalcu, żeby wilgne było, a nie suche. Dobrze przygotowana babka poleży nawet kilka tygodni i dalej będzie smaczna – tłumaczy. Gospodyni ze Strzelcewa nauczyła się dużo od mamy, ale wiele rzeczy robi już po swojemu, na przykład faszerowane kaczki i różne mięsne rolady. Kiedyś zabijało się prosiaka i robiło po prostu własną kiełbasę i kaszankę. – Jakie pyszne były! – mruży na samo wspomnienie oczy. Ale jeść to wszystko można było dopiero w Wielką Niedzielę. – Czekało się na te święta, oj, czekało! Przecież od Środy Popielcowej do Wielkiej Niedzieli trwał w domu post. Wyparzano wszystkie garnki, szorowano je tak, by przypadkiem odrobina tłuszczu się w nich nie ostała. Wystarczyło dotknąć czegoś tłustego, by mama skarciła i dała po łapach – wspomina.

    Chorągwie ze Zmartwychwstałym

    Gospodyni częstuje nas też daniem, które kiedyś zawsze gościło w jej domu w Wielką Sobotę. Była to ugotowana kasza jaglana, okraszona masłem i posypana pieprzem. Czasem kaszę gotowało się na mleku. Na obiad jadło się kluski z kompotem i kartofelki okraszone olejem z cebulką, do tego było zsiadłe mleko. Również po poświęceniu pokarmów i przyjściu z kościoła do domu nie można było zjeść nic z koszyczka. – Mama mówiła, że jak się zje w sobotę to, co zostało poświęcone, albo inne tłuste pokarmy, to mrówki sprowadzą się do domu. Tak się u nas mówiło – śmieje się na samo wspomnienie. Podczas rozmowy wzruszenie nieraz odbiera naszej gospodyni głos. Oczy wilgotnieją i stają się nieobecne. – Fajnie było, fajnie... – powtarza, wspominając święta swojego dzieciństwa. W wielkanocnym koszyczku musiały znaleźć się, oczywiście, jajka, ale też osełka masła, sól, pieprz, kiełbasa i szynka. Był też chrzan i własnoręcznie upieczony baranek. Pokarmy święcone były w kilku domach we wsi. Potem, gdy pani Zofia została prezesem Koła Gospodyń Wiejskich, zwyczaj ten przeniósł się do Domu Ludowego. – Przychodzą wszyscy – młodzi, starsi i dzieci. Cała wieś się schodzi. Ksiądz przyjeżdża. Bardzo pięknie jest. Aż się czeka tej soboty. Każdy wcześniej pozamiata, piaskiem żółtym usypie wokół swojego domu. To przecież Wielkanoc jest, najpiękniejszy czas w roku – tłumaczy. W Strzelcewie do dzisiaj przetrwał też zwyczaj chodzenia z chorągwią. W nocy z niedzieli na poniedziałek strażacy i inni mężczyźni, mieszkańcy danej wsi, biorą chorągiew z wizerunkiem Chrystusa Zmartwychwstałego i obchodzą z nią wszystkie pola. Dawniej zatykali też w kopce graniczne gałązki z wielkanocnych palm, co miało zabezpieczyć je przed gradobiciem i szkodnikami. Potem ten niezwykły orszak chodzi od domu do domu. – Przed każdym domem chorągiew skłaniają, gospodarze wychodzą i dają dyngus, czyli obdarowują świątecznych gości – wyjaśnia pani Zofia. Jest też, oczywiście, polewanie wodą i mnóstwo radości.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół