• facebook
  • rss
  • Koniecznie weź ze sobą baterie

    Marcin Kowalik

    |

    Gość Łowicki 29/2017

    dodane 20.07.2017 00:00

    – Nauczyłem się ufać opatrzności Bożej – mówi Andrzej Michalski. Do walizki, oprócz rzeczy osobistych, zapakował... wiertła, klucze, kleje i taśmy naprawcze. To wszystko przyda mu się w Rwandzie, gdzie za darmo będzie pracował jako konserwator.

    Pojechał tam na dwa miesiące. Wróci we wrześniu. To kosztowna wyprawa. Musiał wziąć pożyczkę, resztę dołożyła rodzina. Jeszcze trzeba było załatwić urlop w pracy. Zostało kilka dni zaległego do wykorzystania, cały tegoroczny, ale i to było za mało. Reszta to urlop bezpłatny. – Mam wyrozumiałego prezesa. Chyba już się oswoił z moimi pomysłami – mówi pan Andrzej, który na swoim koncie ma już wyprawy rowerowe do Rzymu i zeszłoroczną aż do Fatimy przez Lourdes i Santiago de Compostela.

    Spróbuję i napiszę

    Andrzej Michalski należy do parafii Matki Bożej Wspomożenia Wiernych w Kutnie-Dybowie. Posługują tam pallotyni. Nie dziwi więc, że ze środowiskiem pallotyńskim jest mocno związany. 9 lat temu przystąpił do Pallotyńskiej Adopcji Serca. Przesyłał pieniądze na kształcenie chłopca w Rwandzie. Gdy podopieczny stał się dorosły, zaopiekował się dziewczynką z Demokratycznej Republiki Konga. Wielką radość sprawiają mu listy i zdjęcia z Afryki. Otrzymuje je kilka razy w roku. – Kiedy podjąłem pierwszą adopcję i otrzymywałem listy, pomyślałem sobie, że mógłbym pojechać do tej Rwandy i odwiedzić chłopaka. Niestety, finansowo mnie to przerosło. Odłożyłem te plany na przyszłość – wspomina. Aż nadszedł październik 2016 roku. Pan Andrzej w internecie natknął się na stronę Pallotyńskiej Fundacji Misyjnej „Salvatti”. Widniała tam zachęta dla wolontariuszy do wyjazdu na misję do Rwandy. – Gdy to przeczytałem, długo się nie zastanawiałem. Pomyślałem sobie: „Spróbuję i napiszę”. W odpowiedzi dostałem zaproszenie na kurs wolontariacki w Ołtarzewie – mówi A. Michalski. Odbył kilka cykli szkoleniowych, na których przekazywano dużo praktycznej wiedzy. Spotykał się z misjonarzami. Kapłanów, którzy opowiadali o misjach, nazwał księżmi pasjonatami. – Na podstawie rozmów z osobami, które pracują w fundacji, ustaliliśmy, do czego mogę się tam przydać. Jestem inżynierem, pracuję w firmie narzędziowej, zajmuję się projektami i konstrukcjami. Zaproponowano mi wykonywanie prac konserwatorskich na placówkach misyjnych – mówi pan Andrzej. Przy jego umiejętnościach nie powinno stanowić to problemu. Gorzej z dostępem do części zamiennych i materiałów naprawczych. – Są, ale tandetne. Z doświadczeń innych wiem, że problemem jest kupno nawet baterii paluszka. Znajomy wolontariusz opowiadał, że kupił kilka i żaden nie pasował rozmiarem. Albo za mały, albo za duży. Radził nawet: „Andrzej, koniecznie weź ze sobą baterie” – tłumaczy wolontariusz.

    Popsuło się? To trudno...

    Spakował dwie walizki. Każda z nich nie mogła przekroczyć 23 kg. Z tym że jedna posłużyła fundacji do przesłania rzeczy na misje. W drugiej i 8-kilogramowej torbie podręcznej pan Andrzej musiał zmieścić swój osobisty bagaż i cały zestaw narzędziowy, który może mu się przydać w Afryce. – Z tego, co mi opowiadano, gdy coś się popsuje, np. kran, spali się żarówka czy zapcha rura, nie ma tam komu tego naprawić. Afrykanie nie mają przywiązania do takich wygód jak my. Żyją dniem dzisiejszym. Popsuło się? To trudno, przecież żyje się dalej – mówi A. Michalski. Dwumiesięczny pobyt rozpoczął w Kigali, stolicy Rwandy. W najbliższych planach jest jeszcze misja w Kibeho, gdzie mieści się sanktuarium maryjne. A dalej? Okaże się na miejscu. Pan Andrzej nie miał obaw przed wyjazdem w nieznane. Jedyny stres przed wyprawą dotyczył tego, czy zapakował wszystko, co może mu się przydać w pracy. – Jestem przekonany, że nic nie dzieje się przypadkowo, wszystko ma swój sens i dzieje się w odpowiednim czasie. Byłem do tego w jakiś sposób przygotowany. Pierwsze to adopcja serca. Następnym bodźcem była pielgrzymka do Fatimy. Podczas tego wyjazdu otrzymałem wiele dobra. W zasadzie otrzymaliśmy, bo przecież te 4 tys. km jechaliśmy z kolegami w trójkę. Spotykaliśmy naprawdę wspaniałych ludzi. Nazywałem ich aniołami. Jako pielgrzymi prosiliśmy tylko o wodę i możliwość rozbicia namiotu na ich podwórku. A oni zapraszali nas do domu, częstowali jedzeniem. To było wspaniałe. Pomyślałem sobie, że skoro tak wiele dobra otrzymałem od innych, to teraz pora się odwdzięczyć. Pojadę na misję i spłacę swój dług wdzięczności – wyjaśnia motywy swojego wyjazdu.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół