• facebook
  • rss
  • Pan się nie zmienił

    Agnieszka Napiórkowska

    |

    Gość Łowicki 37/2017

    dodane 14.09.2017 00:00

    O konieczności bycia gorącym, wysokiej poprzeczce stawianej przez Boga i wtorku, który jest drugą niedzielą, mówi Marcin Zieliński, charyzmatyk ze Skierniewic.

    Agnieszka Napiórkowska: Po raz pierwszy rozmawialiśmy w 2013 roku. Wtedy nie było jeszcze o Tobie tak głośno. Ale już wtedy byłeś gorliwym katolikiem, który spotkał żywego Boga. Co zrobiłeś, by tym spotkaniem żyć, by pogłębiać swoją relację z Bogiem i co mogą zrobić inni, którzy takiego dotknięcia doświadczają?

    Marcin Zieliński: Dla mnie bardzo ważne było to, że po doświadczeniu Boga od razu trafiłem do wspólnoty. Tam pielęgnowałem to doświadczenie i tam wzrastałem. Pan Jezus w przypowieści o siewcy mówił, że ziarno pada na różne gleby. A później przychodzi diabeł i chce to wykraść. Wspólnota jest pierwszym miejscem, w którym to ziarno może wzrastać, wydawać owoc. O tym mówi też bp Edward Dajczak, ordynariusz koszalińsko-kołobrzeski. W jego diecezji zawsze po wielkich spotkaniach ewangelizacyjnych z młodymi już tego samego dnia tworzą się wspólnoty, by nie pozostawiać ich samych sobie. Bez formacji łatwo stracić Ducha. Święty Ignacy powiedział, że nie jest dobrze myśleć, iż wszyscy muszą iść identyczną drogą. Duch Święty jest Duchem różnorodności. Moje doświadczenie jest takie, że dobrze jest znaleźć miejsce, w którym żywe jest słowo Boże, w którym słowem się żyje, i w którym oddaje się chwałę Bogu. W takich miejscach działa z mocą Duch Święty. Ale jest wiele innych form. Ta, o której mówię, jest pociągająca szczególnie dla młodych ludzi, po ewangelizacji. Wspólnota jest wędką, która przyciąga ich do Kościoła, do sakramentów. Warto też pamiętać, że Kościół jest misyjny. On i wspólnoty, gdy nie ewangelizują, mimo że mają wielkie skarby, stają się martwe. Aby ludzie chcieli włączyć się w ewangelizację i z odwagą wyjść z żywym Jezusem na zewnątrz, potrzebują wewnętrznego ognia. Jeden z moich zaprzyjaźnionych księży powiedział do młodzieży rozpoczynającej szkołę: „Jeśli my, księża, nie fascynujemy was Jezusem, to ja was wszystkich za nas przepraszam”. Myślę, że to jest klucz. Musimy innych fascynować Jezusem. Jeżeli tego nie robimy, trzeba się zastanowić, co się z nami dzieje.

    To znaczy, że wszyscy mamy płonąć, mamy pociągać innych?

    Dokładnie tak. Musimy głosić wszędzie tam, gdzie jesteśmy. Nie możemy twierdzić, że mamy tradycyjną wiarę i że mało u nas jest młodych osób. Wystarczy pójść na dyskotekę pod Skierniewicami czy Łowiczem. Tam młodych nie brakuje. Pytanie, czemu oni nie są w Kościele, we wspólnotach. My kilkakrotnie na takich dyskotekach się pojawialiśmy. Wielu młodych przychodziło, prosząc o modlitwę. Pytali też czy to, co czytają u mnie na Facebooku, jest prawdą. Wiele osób się nawróciło. I byli świadectwem dla swoich kolegów i koleżanek z tej dyskoteki.

    Z posługą uzdrawiania jeździsz po całej Polsce i po świecie. Modlisz się za chorych i chromi chodzą, niewidomi odzyskują wzrok, głusi słyszą, a i rak znika. Jak doszło do powstania wspólnoty „Głos Pana” i jak rozwinęła się Twoja posługa?

    Fakt, widzieliśmy już każdą z tych rzeczy, które wymieniłaś. Bóg chce te rzeczy czynić, bo jest pełen współczucia dla cierpiących. Nasza wspólnota powstała z głębokiej modlitwy. Na początku była nas garstka. Ale Bóg jest Bogiem małych początków. Potem wspólnota zaczęła się rozrastać. Ksiądz Jan Rawa pozwolił nam spotykać się w kościele i zawsze tego, co mówiłem, słuchał i sprawdzał, czy jest zgodne z nauką Kościoła. Kiedy Duch Święty zstąpił na moje życie, zacząłem odczuwać na modlitwie pewne pragnienia Pana Boga, które On ze mną dzielił. Skoro Jezus chodził po ziemi i uzdrawiał chorych, wypędzał złe duchy, to ja myślę, że On się nie zmienił. Biblia mówi, że On jest wczoraj, dziś i na wieki taki sam. To znaczy, że teraz też chce to robić. Biblia stawia nam wysoko poprzeczkę. Jest kilkanaście fragmentów, w których czytamy, że zostali uzdrowieni wszyscy, którzy przyszli do Jezusa czy apostołów. Nie chcę teraz powiedzieć, że zawsze wszyscy mają być uzdrowieni. Bóg ma swoje plany. Ale jest to możliwe i On zostawił nam to zadanie. Po moim doświadczeniu z 2007 roku poczułem, że obietnica ze słowa Bożego jest pragnieniem Pana Boga dla dzisiejszego świata. Więc zacząłem to robić. Posługując, rozkochałem się w Eucharystii, odkryłem moc sakramentów. One ożyły. Charyzmaty pomogły je przeżywać.

    Od początku czułeś, że Bóg che, abyś posługiwał modlitwą o uzdrowienie?

    Nie, skąd. Ale miałem marzenia, żeby wszyscy się dowiedzieli, że Bóg żyje, że jest w Nim nadzieja, że uzdrawia. Taka przecież jest tradycja Kościoła. Do IV wieku wszyscy wierzący chodzili w mocy Bożej i uzdrawiali chorych. Później z powszechności przeszliśmy w jednostki. Zaczęto uznawać świeckich modlących się o uzdrowienie za pysznych i aroganckich. Tę posługę zostawiono tylko świętym i ludziom żyjącym w skrajnej ascezie. Ja wierzę, że dziś Bóg chce przywrócić powszechność tych rzeczy, szczególnie w ewangelizacji. W Liście do Hebrajczyków jest napisane, że obietnice Boże dziedziczymy przez wiarę i cierpliwość. Czyli skoro Bóg obiecał, że będziemy kłaść ręce na chorych i oni odzyskają zdrowie, to wiara wyraża się w tym, że będę te ręce kładł i cierpliwie czekał na owoce. Dziś wiem, bo widziałem to nieraz na własne oczy, że Bóg uzdrawia, leczy, uwalnia... I chcę tego coraz więcej. Chcę, by ludzie czuli Jego miłość, obecność i moc. I by nawracali się do Chrystusa.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół