• facebook
  • rss
  • Puste miejsce w ranie Jezusa

    Marcin Kowalik

    |

    Gość Łowicki 38/2017

    dodane 21.09.2017 00:00

    Jedna z pań całujących relikwiarz Drzewa Krzyża Świętego zawadziła o niego swoim ubraniem. Urwała krzyżyk, który go zdobił. Od tego momentu kapłani „jedynie” błogosławią wiernych relikwiami.

    Stało się to przed kilku laty w katedrze łowickiej. Co roku na przypadające 14 września święto Podwyższenia Krzyża Świętego drogocenny relikwiarz opuszcza skarbiec katedralny. Ponadto tego dnia wszystkie Msze św. w głównej świątyni diecezji łowickiej sprawowane są nie przy głównym ołtarzu, a w kaplicy, gdzie mieści się słynący łaskami duży krucyfiks.

    Relikwiarz w relikwiarzu

    Żeby dostrzec dwie drewniane drobinki w relikwiarzu, trzeba mieć sokoli wzrok albo lupę. Jednak skoro postronny człowiek nie może się teraz do niego zbliżyć, trzeba uwierzyć na słowo, że są autentyczne. Ks. Stanisław Majkut, kustosz skarbca katedralnego, daje jeszcze jedną gwarancję – jest nią dokument potwierdzający ofiarowanie dwóch małych partykuł Krzyża Świętego przez kard. Francesco Maidalchiniego. Szczęśliwcem, który został obdarowany, był kard. Michał Radziejowski, arcybiskup gnieźnieński i prymas Polski. Było to w roku 1669. Otrzymał relikwie do prywatnego użytku. Być może dlatego są takie niewielkie. Chroni je kryształ. Znajdują się w pektorale, który wzorowany był na zaginionym relikwiarzu znajdującym się u dominikanów w Lublinie. Kardynał Radziejowski przekazał relikwie jednemu z kanoników łowickich. Trzeba wspomnieć, że dzisiejsza bazylika katedralna w Łowiczu była niegdyś kolegiatą prymasowską i w mieście rezydowali arcybiskupi gnieźnieńscy. Kanonik ufundował większy relikwiarz pod koniec XVII wieku. Wykonany jest częściowo ze srebra, w większości – ze złoconego brązu. Przetrwał do dziś. Wystawiany jest jeszcze w IV niedzielę Wielkiego Postu w czasie Gorzkich Żali oraz z okazji większych uroczystości.

    Brylant wielkości śliwki

    W bazylice, na przedłużeniu naw bocznych przy prezbiterium po stronie północnej, znajduje się kaplica Komorowskiego, nazywana też kaplicą Pana Jezusa Ukrzyżowanego, a to dlatego, że oprócz nagrobka prymasa Adama Komorowskiego znajduje się tam duży krzyż. Na ranie boku Pana Jezusa jest ozdobna brosza. Istnieje legenda, że w tej broszy był sporej wielkości brylant wielkości śliwki łowickiej. Srebra z kaplicy wraz z broszą oddane zostały warszawskiemu złotnikowi do odnowienia. Jeden z kapłanów, który odprawiał codziennie Msze św. w tej kaplicy, zauważył, że klejnot w boku Jezusa świeci mniejszym blaskiem. Okazało się, że zamiast szlachetnego kamienia połyskuje tam bryłka szkła. Policja odnalazła zgubę i dowiodła, że kradzieży dopuścił się złotnik. Karą ze świętokradztwo była śmierć. Ostatnią wolą skazańca była prośba, żeby przywieźć go do Łowicza, gdyż chce przeprosić Chrystusa za kradzież. Skuty w kajdany żarliwe się modlił przed obliczem okradzionego Pana. Podczas modlitwy okowy spadły. Został więc ułaskawiony. Skoro sam Jezus mu przebaczył, to jak go karać? – Jest legenda, a w każdej legendzie jest ziarenko prawdy. Dokumentów żadnych na to jednak nie ma. Jeżeli były, to zaginęły. Trudno też sobie wyobrazić brylant takiej wielkości, tym bardziej że skarbiec prymasowski zazwyczaj świecił pustkami – mówi ks. Majkut. Puste miejsce w broszy jest do dziś. Nawet jeśli legenda została wymyślona na potrzeby kultu, to i tak działanie łaski Bożej potwierdzają liczne wota otaczające krucyfiks.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół