• facebook
  • rss
  • Olej do lampy i rozum do głowy

    Ks. Sławomir Wasilewski, rektor WSD w Łowiczu

    dodane 12.11.2017 07:41

    Wszystkim owym dziesięciu pannom powierzono - z wielkim zaufaniem - realizację odpowiedzialnego zadania, polegającego na uformowaniu uroczystego orszaku, w którym nie kto inny, ale sam Oblubieniec miał być poprowadzony pośród radości, śpiewów i świateł lamp do weselnego domu.

    Ewangelia wg św. Mateusza (Mt 25,1-13).

    Jezus opowiedział swoim uczniom tę przypowieść: „Królestwo niebieskie podobne będzie do dziesięciu panien, które wzięły swoje lampy i wyszły na spotkanie oblubieńca. Pięć z nich było nierozsądnych, a pięć roztropnych. Nierozsądne wzięły lampy, ale nie wzięły z sobą oliwy. Roztropne zaś razem z lampami zabrały również oliwę w naczyniach. Gdy się oblubieniec opóźniał, zmorzone snem wszystkie zasnęły. Lecz o północy rozległo się wołanie: »Oblubieniec idzie, wyjdźcie mu na spotkanie«. Wtedy powstały wszystkie owe panny i opatrzyły swe lampy. A nierozsądne rzekły do roztropnych: »Użyczcie nam swej oliwy, bo nasze lampy gasną«. Odpowiedziały roztropne: »Mogłoby i nam, i wam nie wystarczyć. Idźcie raczej do sprzedających i kupcie sobie«. Gdy one szły kupić, nadszedł oblubieniec. Te, które były gotowe, weszły z nim na ucztę weselną i drzwi zamknięto. W końcu nadchodzą i pozostałe panny, prosząc: »Panie, panie, otwórz nam«. Lecz on odpowiedział: »Zaprawdę powiadam wam, nie znam was«. Czuwajcie więc, bo nie znacie dnia ani godziny”

    Przypowieść o dziesięciu pannach była dla wiernych z pierwszych wspólnot Kościoła, powtarzających z utęsknieniem: „Marana tha!” (1 Kor 16,22), jednym z tych fragmentów Ewangelii, które zdawały się potwierdzać, że przyjście Pana na końcu czasów (czyli paruzja) wcale nie musi być natychmiastowe. Oblubieniec ma prawo przyjść o każdej porze dnia lub nocy, w godzinie, jakiej nie znamy (por. Mt 25,13), a nawet ma prawo do – z naszego punktu widzenia – „opóźniania się” (por. Mt 25,5). „Nie nasza to rzecz znać czasy i chwile, które Ojciec ustalił swoją władzą” (Dz 1,7). Naszą rzeczą jest chrześcijańskie życie w stałej gotowości, niezajmowanie się rzeczami niepotrzebnymi (por. 2 Tes 11), ale czuwanie (por. Mt 25,13), modlenie się, uczenie się, pracowanie, pełnienie dobrych uczynków, ze świadomością, że wołanie: „Oblubieniec idzie!” (Mt 25,6) może do nas dotrzeć w każdym momencie.

    Przypowieść o dziesięciu pannach była dla Ojców Kościoła, głoszących ją współczesnym sobie, jednym z tych fragmentów Ewangelii, który przypominał człowiekowi, że po rozum do głowy – podobnie jak po olej do lampy – najlepiej pójść zawczasu, póki nie jest za późno, bo w przeciwnym razie, pomimo prośby: „Użyczcie nam swej oliwy, bo nasze lampy gasną” (Mt 25,8), tak naprawdę – i to mimo najszczerszych chęci – niewiele albo dosłownie nic się już nie da zaradzić. Nie tylko dlatego, że między mądrymi a głupimi (nie tylko pannami, ale i wszystkimi innymi) „zionie ogromna przepaść” (Łk 16,26), ale także dlatego, że są w życiu każdej i każdego z nas takie wartości i osobiste doświadczenia, których nie sposób przekazać innym, ponieważ są – i nie ma to nic wspólnego z niewłaściwą postawą egoistyczną – po prostu nasze. Nasze, bo nierozerwalnie związane z naszą osobą, z naszą wiarą, z naszą pobożnością. Nasze, bo bardzo mocno złączone z naszą przeszłością, obecne w naszej teraźniejszości i przekładające się ostatecznie na naszą wieczną przyszłość.

    Przypowieść o dziesięciu pannach była dla wiernych wspólnoty Kościoła, spotykających się z teologiczną tezą protestantyzmu – głoszącą, że do zbawienia człowieka wystarczająca jest z jego strony sama wiara (sola fides) – jednym z tych fragmentów Ewangelii, które mówiły wprost, że tak samo, jak nieużyteczne stają się lampy bez oliwy, „tak też i wiara bez uczynków martwa jest sama w sobie” (Jk 2,17). Do nieba bowiem nigdy nie wchodzi się z grzechami, za to najczęściej wchodzi się tam z naręczem dobrych uczynków. Warto o tym pamiętać jeszcze za życia, bo „jeśli potępią nas własne uczynki, nikt nie będzie mógł się wstawić za nami. Nie dlatego, żeby nie chciał, lecz po prostu nie może” (Jan Chryzostom, Homilia 78 na Ewangelię według św. Mateusza: Mt 25,1-30).

    Przypowieść o dziesięciu pannach jest dla mnie, chrześcijanina i kapłana, jednym z tych fragmentów Ewangelii, który uświadamia mi, że wszyscy jesteśmy powołani przez Boga do realizacji powierzonych nam zadań. Każdy z nas jest dla Pana Młodego niezwykle ważny, chciany, potrzebny, podobnie jak wszystkie bez wyjątku panny – cała dziesiątka (sic!) – były dla Oblubieńca postaciami bardzo istotnymi, o wielkim znaczeniu. Przecież wszystkim owym dziesięciu pannom powierzono – z wielkim zaufaniem – realizację odpowiedzialnego zadania, polegającego na uformowaniu uroczystego orszaku, w którym nie kto inny, ale sam Oblubieniec miał być poprowadzony pośród radości, śpiewów i świateł lamp do weselnego domu. Wszystkie dziesięć dostąpiły zaszczytu wzięcia czynnego udziału w obrzędach zaślubin. Niesamowite wyróżnienie! Boża sprawa! A skoro tak, skoro w tym wszystkim, co zależy od samego Boga, tak wiele – za Jego przyzwoleniem i z Jego łaski – zależy ode mnie, to... nie wypada mi zawieść zaufania Pana Młodego i zepsuć coś ze wspólnej Jemu i mnie uroczystości wiecznych zaślubin.

    A czym jest przypowieść o dziesięciu pannach dla ciebie? Pomyśl, proszę, i do mojego dzisiejszego komentarza sam dopisz własne, bardzo osobiste, Twoje zakończenie...

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Komentowanie dostępne jest tylko dla .

    Reklama

    Zapisane na później

    Pobieranie listy

    Reklama

    przewiń w dół