GN 48/2020 Archiwum

Na ulicy leży szczęście

Kolekcjoner. Jan Kopka w swoim prywatnym muzeum ma prawie 9 tys. eksponatów. Wśród nich są... obrazki prymicyjne, dzięki którym ma szansę trafić do Księgi Rekordów Guinnessa.

Podszedłem do niej i zapytałem, czy mi go odda, jeśli w zamian kupię jej siekierkę. Bez problemu się zgodziła. Jeszcze tego samego dnia toporek był już mój. Przez 40 lat pracy w straży udało mi się także uzbierać wiele przedmiotów strażackich. Niektóre z nich mam u siebie w muzeum. Sporą część przekazałem franciszkanom z Niepokalanowa do ich Muzeum Straży Pożarnej. Podobnie było z książkami. Z 10 tys. pozycji, które były w domu, większość trafiła do biblioteki w Grabowie. Wiele cennych pamiątek, dokumentów przekazałem także kurii wrocławskiej – opowiada pan Jan. Z bogatej kolekcji zgromadzonej w Chorkach, a także wiedzy pana Kopki korzysta wiele instytucji i osób prywatnych. – Kiedyś pojechałem do nowo otwartego skansenu w naszej okolicy. Oprowadzające mnie panie, znając moją pasję, zapytały, czy w urządzonej izbie jest wszystko, co być powinno. Rozejrzałem się i powiedziałem: „Nie wszystko. Nie ma kropielnicy i haczyka przy drzwiach, który rodzice zawsze zamykali, kiedy kładli się do łóżka” – uśmiecha się J. Kopka.

Róże, drzwi i żywa koza

Zamiłowanie do kolekcjonowania, a także talent do opowiadania gawęd 80-letni Jan Kopka zawdzięcza także swojemu ojcu, który był rzeźbiarzem, i żonie, która nie przeszkadzała mu w rozwijaniu pasji. – To rzeczywiście dwie ważne osoby. Bez zrozumienia żony pewnie nie miałbym tyle zapału. Ona była wyjątkową i mądrą kobietą. Trzeba przyznać, że dobrze nas wyswatali. Na nasze 25-lecie małżeństwa kupiłem 25 sztucznych czerwonych róż. Potem oboje co roku dokładaliśmy kolejną. Od 11 lat, od śmierci mojej żony, robię to nadal, z tą tylko różnicą, że kwiat jest ciemny – mówi wzruszony. Życiorys ojca pana Jana doczekał się książkowego wydania. – Wiele rzeźb, które są w moim muzeum, to prace mojego ojca. Jedna z jego figurek została podarowana Ojcu Świętemu Janowi Pawłowi II w czasie wizyty w Łodzi. Poza rzeźbiarstwem przez wiele lat zajmował się także weterynarią, choć bez papierów. Kiedy trudna sytuacja życiowa rzuciła go pod Poznań, zatrzymał się przy szkole weterynarii. Tam od studentów nauczył się podstaw tego zawodu, a od dyrektora dostał fachową książkę. Dzięki niej leczył zwierzęta, a nawet odbierał porody. Jednego razu został wezwany do gospodarza, któremu zachorowały dwie krowy. Po zbadaniu powiedział, jaki lek trzeba kupić. Chłop nie mógł zapamiętać jego nazwy, więc ojciec napisał ją kredą na drzwiach obory. Chłop pojechał do apteki. Na pytanie, czy ma receptę, odpowiedział, że tak, na wozie. Zdziwiona farmaceutka wyszła przed aptekę. Na wozie leżały drzwi z obory. Potem, dzięki takim opowieściom ż życia wziętym, udawało mi się wygrywać konkursy gawędziarzy. Nigdy nie wymyślałem tekstów, tylko przypominałem sobie te zasłyszane od ojca i ludzi, z którymi się spotykałem. Na jednym z konkursów otrzymałem nawet wyróżnienie – niespodziankę. Myślałem, że to będzie jakaś panienka, z którą będę musiał zatańczyć. Nic podobnego. Prezentem była żywa koza – śmieje się Jan Kopka. Poczucie humoru, wiedza, a także wiele kontaktów sprawiają, że pan Jan uznawany jest także za zawodowego swata. I – co ważne – wiele par, które udało mu się połączyć, wzięło śluby i żyje długo i szczęśliwie...•

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama