Nowy numer 43/2020 Archiwum

Całus i szept z zaświatów

Dusze czyśćcowe. – Od lat 1 listopada, a później każdego dnia oktawy biegam na cmentarz, by zanieść zmarłym prezent w postaci odpustu zupełnego. Ilu duszom go podarowałam, nie potrafię zliczyć, podobnie jak i darów od nich otrzymanych – mówi Anna Michalska.

Uroczystość Wszystkich Świętych to dzień otwierający 8-dniowy czas łaski dla tych, którzy przekroczyli już bramę śmierci. Wśród naszych przodków – tych znanych i całkiem obcych – jest wiele dusz, które przez cierpienie oczyszczają się jeszcze w czyśćcu. Warto o tym pamiętać nie tylko w pierwszych dniach listopada, ale i potem – zgodnie z nakazem przekazanym przez Pana Jezusa św. Faustynie – wstępować tam często i wyprowadzać z czyśćca pokutujących.

Buziak i ocalone rynny

Od lat za dusze w czyśćcu cierpiące modli się ks. Romuald Maciesiak, proboszcz parafii św. Stanisława w Luszynie. W każdy piątek odprawia za nie Msze święte. Dodatkowo raz w roku w intencji wszystkich osób zgłoszonych w wypominkach sprawuje także 30 Mszy gregoriańskich. – Zwyczaj ofiarowania piątkowej Eucharystii za dusze czyśćcowe przejąłem po zmarłej parafiance Genowefie Siermińskiej – mówi ks. Romuald. – Pani Genowefa, którą potem zaczął naśladować także miejscowy leśniczy, była osobą dobrą, pobożną i szczerze oddaną zmarłym, bo – jak nieraz podkreślała – im zawdzięczała uratowanie życia podczas zawalenia się stropu w oborze. Do dziś pamiętam jej rozmodloną twarz i wizyty na plebanii. W każdy piątek, wracając z kościoła, przynosiła mi butelkę mleka i furę pierogów z serem. Kiedy umarła, postanowiłem kontynuować jej dzieło – opowiada ks. Maciesiak, któremu „od dzieciństwa jakoś blisko było do dusz czyśćcowych”. Jak wspomina, kiedy był małym chłopcem, razem z babcią Stefanią chodził do zmarłych i nieraz słyszał jej modlitwy za nich.

– Jako dziecko nie myślałem, że kiedyś się zestarzeję. Byłem przekonany, że umierają tylko starzy ludzie, którzy nie wiadomo, skąd się biorą. W dzieciństwie dwa razy uniknąłem śmierci, przed którą przestrzegł mnie jakiś głos. Jak mniemam, była to zasługa dusz czyśćcowych. Mam też dwa osobiste doświadczenia, po których jeszcze gorliwiej modlę się za osoby w czyśćcu. Pierwsze związane jest z moją mamą. Kiedy umarła, nie mogłem sobie poradzić. W Urzędzie Stanu Cywilnego jedna z obsługujących mnie pań skarciła mnie, mówiąc, że jako ksiądz nie powinienem płakać. Tak mnie to dotknęło, że po wyjściu usiadłem na schodach i rozbeczałem się jak małe dziecko. Myślałem sobie: „Jak ona mogła mi tak powiedzieć? Co z tego, że jestem księdzem? Czy kapłan nie ma uczuć, nie może cierpieć?”. Kiedy tak sobie biadoliłem, ktoś czule pocałował mnie w policzek. Nie miałem wątpliwości, że był to buziak od mojej mamy. Nikogo innego obok mnie nie było. A poza tym gest ten bardzo mnie uspokoił. Drugie zdarzenie miało miejsce kilka lat później. Kiedy spałem na plebanii, przyśniła mi się jedna z nieżyjących parafianek, która kazała mi wstawać. O dziwo, obudziłem się. Kiedy zapaliłem światło, usłyszałem jakiś hałas. Rano zauważyłem, że ktoś próbował ukraść kościelne rynny. Światło spłoszyło rabusi. I jak tu nie wierzyć w pomoc tych, o których pamiętam? – mówi ks. Romuald.

Dotrzymane słowa

O pomocy, z jaką przychodzą dusze czyśćcowe, godzinami może opowiadać także pielęgniarka Anna Michalska z Łowicza, która od lat pod poduszką ma zawsze schowany różaniec. – Opiekuję się osobami terminalnie chorymi. Moja praca jest więc na granicy dwóch światów, dlatego różaniec mam zawsze pod ręką – wyznaje pani Anna. – Wiele razy umierające osoby przychodzą do mnie we śnie. Czasem nawet mnie budzą. Wtedy klękam i się za nie modlę. Od lat czuję też bliskość i pomoc moich pacjentów, którzy już odeszli. Zanim to nastąpiło, z niejednymi umawiałam się, by pamiętali o nas, jak już będą po tamtej stronie życia. Potem nieraz doświadczałam, że dotrzymali słowa. Wielu z nich to duchowi tytani. Przez pierwsze 8 dni listopada każdego dnia chodzę na cmentarz. Zatrzymując się nad grobami znanych mi osób, ofiaruję za nie odpusty i się im przypominam. Ich wstawiennictwu polecam swoją pracę, konających i ludzi, którzy potrzebują pomocy – opowiada pani Anna.

W życie wieczne, a także w pomoc dusz czyśćcowych nie wątpi skierniewiczanin Gerard Kłosiński, który każdego dnia modli się za nie. Tej praktyki nauczyła go babcia, z którą wiele lat mieszkał i której towarzyszył podczas ostatniej drogi. – Dużo ze sobą rozmawialiśmy. Podczas jednej z takich pogadanek babcia mówi do mnie: „Módl się za dusze w czyśćcu cierpiące, bo ludzie tu, na ziemi, modlą się głównie za siebie, a o tamtych mało kto pamięta” – wspomina Gerard, do którego prawda o tym, że po śmierci jest też czyściec, a nie tylko niebo i piekło, dotarła z potężną siłą. – Słowo „cierpiące” mocno do mnie przemówiło. Wstrząsnęły mną wizje, jakie miała św. Faustyna. Od tamtego czasu nie ustaję w modlitwach za osoby tam przebywające. Zdałem sobie sprawę, że czyściec to miejsce, do którego mogę trafić. I wówczas ja będę potrzebował pomocy. Mimo że modlę się każdego dnia za pokutujących zmarłych, nie mogę powiedzieć, że oni mnie odwiedzają. Jedynie po śmierci babci kilka razy czułem jej obecność, i to tak fizycznie. Słyszałem, jak idzie, siada na moim łóżku, jak opiera się o toaletkę. Ona była mi najbliższa, dlatego pewnie do mnie przychodziła. Od jej śmierci, która była spokojnym przejściem, inaczej patrzę też na umieranie. W czyśćcu widzę nadzieję. Często proszę przebywające tam osoby, które mimo że cierpią, są jednak blisko Boga i mogą się za nami wstawiać – mówi G. Kłosiński.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama